Branża transportowa zna mnóstwo przypadków, kiedy najbardziej zaufany kontrahent w łańcuchu dostaw potrafi nagle wykręcić przykry numer klientowi. Szczególnie w przypadku braku jasno sformułowanych warunków współpracy. Polskie prawo zezwala na zawieranie umów ustnych, jednak są dobre tylko do pewnego momentu – chwili, kiedy zaczynają się problemy.
Zamiast umowy – słowo honoru?
O możliwych skutkach umów ustnych przekonała się litewska spedycja Logirus, współpracująca z zaprzyjaźnioną firmą Viaginta.
W lutym br. Logirus otrzymała zlecenie przewozu ładunków z Hiszpanii do Wilna. Towar został dowieziony, rozładunek nastąpił w wileńskim magazynie. Dostarczył go polski przewoźnik. Następnie, już bez udziału spedycji Logirus, ładunek został skierowany do Rosji.
Jak twierdzi szef Logirus, A. Tautavičius, jego firma przyjęła zlecenie za pośrednictwem programu Skype i poczty elektronicznej. Według spedytora, zamówienie w takiej formie wcale nie jest rzadkością, zwłaszcza w przypadku transportu do Rosji.
Niestety, w danym przypadku taka forma zlecenia przysporzyła wykonawcy wiele nieprzyjemności, kiedy dwie ciężarówki – jedna z papryką, druga z pomidorami – nie zjawiły się na rozładunek do zleceniodawcy z Rosji.
Kierując ładunek do Rosji zazwyczaj żądamy rozliczenia w momencie rozładunku. Stosujemy wyjątki tylko w przypadku współpracy ze znanymi i zaufanymi kontrahentami”, – opowiada szef Logirus.
W momencie przyjmowania zlecenia kontrahent – jak twierdzi Tautavičius – został należycie zweryfikowany. Były np. wykonane połączenia na podane numery telefonów. Tymczasem po tym, kiedy ładunek ruszył do Rosji, już nikt na nie odpowiadał.
Kontrahent rezygnuje z transakcji
W momencie, kiedy zleceniodawca Logirus – spedycja Viaginta – dowiaduje się o zaginionym ładunku, od razu rezygnuje z dalszej współpracy. Kontakt z nimi jest coraz trudniejszy, firma odpowiada na maile i telefony coraz rzadziej, aż w końcu w ogóle przestaje reagować na próby kontaktu. W wyniku tego spedycja Logirus płaci za transport polskiemu przewoźnikowi i zwraca się o pomoc do sądu.
Sprawa otarła się o granice absurdu. Viaginta zaprzeczyła o istnieniu jakiegokolwiek zlecenia dla nas. Podobno żadnej korespondencji nie ma. A ja otrzymałem jej wykaz od firmy, świadczącej usługi poczty elektroniczne” – dziwi się szef Logirus.
Co mówią o tym prawnicy?
Ta historia nie należy do pospolitych, znanych w transporcie. Dlaczego? W grę wchodzi nie tylko kwestia nieopłaconej faktury, ale również transport zakazanych towarów do Rosji.
Jak twierdzi prawnik Logirus, do zawarcia umowy transportu wystarcza list przewozowy CMR i wykaz korespondencji. Co więcej, zgodnie z konwencją, w przypadku posiadania CMR umowa nie jest potrzebna.
Istotne jest to, że firma spedycyjna w liście przewozowym jest wpisywana bardzo rzadko. Jeśli nie istnieje umowa, jej udział w przewozie jest trudny do udowodnienia. W teorii elektroniczna korespondencja powinna w zupełności wystarczyć.
Trudności w ustaleniu udziału spedycji w transporcie może przysporzyć rozmowa na Skype. Zazwyczaj pracownicy się śpieszą, stosują slangowe zwroty, skróty, często piszą z błędami, używają tylko im znanych kodów językowych. Taka rozmowa nie posiada podziału odpowiedzialności ani innych ważnych warunków współpracy.
Jak twierdzą prawnicy, ważne, by w czasie takiej rozmowy na Skype czy innym komunikatorze tekstowym pojawiły się następujące informacje:
-
miejsce załadunku i rozładunku;
- numery ciężarówki;
-
numer telefonu do kierowcy;
- ustalona kwota;
Podobne dane bardzo ułatwiają i przyśpieszają proces dochodzenia swoich racji. Ważne, by były jasne i czytelne.
W momencie, kiedy spedytor zasłania się brakiem umowy, podpisów czy firmowych pieczątek na papierach, w grę wchodzi kradzież ładunków i należy niezwłocznie zwrócić się do policji.
Strona etyczna
A. Tautavičius wierzy, że ta sytuacja to dobrze zaplanowana działalność oszustów. Pułapka na uczciwych przedsiębiorców. Pomimo, że tego typu praktyki nie zdarzają się często, to nadal mają miejsce. Często można im zapobiec, choć zazwyczaj przedsiębiorcy zaczynają być podejrzliwi trochę za późno.
Jak się okazuje, już w trakcie transportu Logirus mogła zwrócić uwagę na wiele dziwnych sytuacji. W ostatniej chwili zostało zmienione miejsce rozładunku, towar w magazynie przejęła osoba, która z powodu rzekomej choroby miała osłoniętą twarz szalikiem. Rosjanin z Viaginty, który zlecił transport, prawdopodobnie nie jest Rosjaninem, ponieważ teraz, kiedy jego telefon jest wyłączony, odpowiada litewski operator. Później się okazało, że warzywa zamówiła firma w ogóle nieistniejąca.
Co teraz? Sytuacja jest tak trudna, że bez dialogu pomiędzy dwoma spedycjami lub sądu konfliktu nie da się jej rozstrzygnąć. Zleceniodawca nie istnieje, ładunków nie ma, przewoźnik wywiązał się z zobowiązań. Winnych nie ma.









