Zdanie transportowców z sąsiadujących z Federacją rynków jest podzielone. Z jednej strony można zauważyć wzrost ilości ładunków z Unii Europejskiej do Rosji (np. z Polski przez Białoruś), z drugiej natomiast trudności, jakie się z tym wiążą, są niezbyt opłacalne, żeby przewoźnicy chcieli wrócić na dany rynek.
Sceptycy twierdzą, że rzeczywiście zleceń w tym kierunku jest coraz więcej i zarobić można tyle samo, co przed wojną handlową. Problem tylko polega na tym, że ceny transportu są stosunkowo niskie i trzeba włożyć dwukrotnie więcej wysiłku, żeby zarobić tyle, co kiedyś.
Dyrektor generalny litewskiej firmy “Rhenus Svoris” Arūnas Bertašius opowiada, że ożywienie rosyjskiego rynku było zauważalne już w ubiegłym roku. Firma dziś ocenia, że zwiększyła swój udział na danym obszarze o 24 proc. Dodaje przy tym, że “do poprzedniego poziomu powróciła tylko ilość ładunków, ale nie marża”.
Innego zdania jest przedstawiciel Axis Transport, Tomas Degutis. Według jego opinii obecne ożywienie jest spowodowane przede wszystkim zbliżającymi się świętami Wielkanocnymi, a nie faktyczną zmianą gospodarczą.
Niezależnie od tego, co spowodowało ożywienie, zachęcamy do śledzenia zmian, jakie zachodzą we współpracy na linii UE-Rosja. Jeśli sytuacja rzeczywiście powróci do stanu jak sprzed sankcji i embarga, Polakom może przypaść sporo zleceń transportowych.
Foto: pixabay










