Mam nadzieję, że nikt nie bierze pod uwagę wyliczanek reklamowych dostępnych na wielu stronach www. Podawane tam raty są całkowicie przypadkowe i niosą za sobą tylko czysto marketingową sugestię – kliknij w ofertę banku. Możemy w internecie znaleźć jednak kilka poważnych portali branżowych, które takie rankingi przygotowują. Czy warto się nimi sugerować? Czy informacje podawane w nich są rzetelne?
Choć zainspirował mnie to tego artykułu jeden z niedawno opublikowanych rankingów to niestety większość z nich, choć nie kłamie, to jednak mocno upraszcza temat. Prezentowane w nich wnioski mogą wprowadzić w błąd każdego potencjalnego kredytobiorcę. Na czym więc polegają te nieścisłości i jak czytać takie rankingi by cokolwiek z nich wynieść? Po kolei.
Po pierwsze – założenia. W rzetelnie przygotowanym porównaniu powinny być podane parametry, które mają wpływ na ratę. Są to przede wszystkim wysokość kredytu i okres na jaki będzie kredyt brany. To jednak zdecydowanie nie wszystko. Większość banków różnicuje oferty ze względu na to czy samochód jest nowy czy używany, znaczenie może mieć nawet to czy jest 5 czy 6 letni. Często ważne jest również to czy będzie to kredyt konsumencki czy na firmę. Tak więc jeśli nie wiemy jakiego samochodu i kredytu dotyczy zapytanie przesłane bankom, nie wiemy czy odpowiedzi są jednoznaczne i porównywalne.
Po drugie – dostępność. Nawet najlepsza oferta nic nam nie da jeśli jest dla nas niedostępna. Banki oferując promocyjne, czyli zazwyczaj tańsze kredyty stawiają przed klientem wiele warunków, nie opisywanych w rankingach. Może to być np. bardzo wygórowana ocena zdolności kredytowej. Część banków nie specjalizujących się w kredytach samochodowych ma takie procedury skutecznie eliminujące potencjalnych kredytobiorców, choć oferta wydawać się może bardzo atrakcyjna.
Po trzecie – procedura. Czy można porównywać oferty gdzie w jednym nic nie musimy wpłacać, do takich gdzie oczkują od nas np. 30 % wkładu własnego? Może i tak. Pamiętajmy jednak, że np. bardzo atrakcyjne kredyt w salonach samochodowych przy 50 % wpłacie pozwalają bankowi pominąć właściwie ryzyko niespłacalności kredytu, a zatem zaoferować bardzo dobre warunki. Często też wymóg przedstawienia dochodów nie w formie oświadczenia, ale zaświadczenia eliminuje taką ofertę. Szczególnie ważne jest to dla firm, gdzie z ksiąg nie zawsze wychodzi dochód wymagany do zdolności.
Po czwarte – dodatkowe koszty. Uproszczona tabelka wyników większości zestawień nie zawiera dodatkowych oczekiwań banków, koniecznych do udzielenia nam kredytu. Zacząć tu można od obowiązkowego ubezpieczenia kredytu, a kończąc na konieczności założenia rachunku ROR czy firmowego w banku. Przecież tylko naiwny może sądzić, że bank pożyczy mu pieniądze na oprocentowaniu zbliżonym do WIBOR-u. Ten między bankowy koszt pieniądza to dziś około 4,5 %. Bank swój zarobek przesuwa więc w prowizję bankową czy np. zysk z funduszu inwestycyjnego założonego „przy okazji” przez klienta.
Po piąte – matematyka. Najprostszym sposobem porównania kredytów wydaje się rata. Przyjrzyjmy się dokładniej podawanym cyfrom. Czemu najwyżej jest niekoniecznie bank z najniższą ratą? Sprawdźmy np. „najlepszy” bank w jednym z ostatnich porównań. Dał on propozycję kredytową z ratą równą 1416,72 zł co przy 60 miesiącach daje 85 018,20 zł do spłaty. Kredyt wynosił 70 000 zł. Proste wyliczenie daje nam kwotę 15 018,20 zł jako kosztu kredytu. Właśnie całkowity koszt jest w tym rankingu najważniejszym kryterium oceny. Słusznie, tylko dlaczego pierwszy bank ma podane 13 171 zł, a nie 15 018,20 zł? Tu właśnie kłania się matematyka i krytyczne podejście do wyników.
Po szóste – RRSO. Każde zestawienie może sugerować, że ważniejsze jest coś innego. Może być to np. rata kredytu, lub prowizja bankowa. Ustawodawca wymyślił jakiś czas temu wskaźnik, który w miarę dobrze pozwala nam ocenić realny koszt kredytu. Chodzi o Roczną Rzeczywistą Stopę Oprocentowania. Choć banki muszą podawać ten wskaźnik tylko dla kredytów konsumenckich możemy przecież poprosić o podanie go dla kredytu branego na firmę. Jeśli mamy RRSO to łatwo dostrzeżemy ile wspólnego w danej ofercie ma oprocentowanie nominalne do rzeczywistego. Czemu więc nie ma tego wskaźnika w zestawieniach?
Nie uważam, że rankingi są przygotowywane niepotrzebnie i nie niosą za sobą żadnych informacji dla potencjalnego klienta. Traktujmy je jednak jako tylko wskazówkę przy szukaniu oferty dla siebie, a nie wyrocznie.
Marcin Szymański
net4car.pl
Autor: Łukasz Majcher










