Protest ma mieć bardzo prostą formułę – imigranci po prostu nie stawią się w pracy, paraliżując funkcjonowanie wielu branż i tym samym uzmysławiając Brytyjczykom jak ogromny jest ich wkład w gospodarkę. Nie przyjadą autobusy miejskie, do sklepów nie dojadą dostawy, a na wielu budowach nikt nie usłyszy nie tylko tradycyjnego „k****”, lecz także dźwięku jakiejkolwiek maszyny. Jest to naprawdę możliwe, bo oficjalnie Polaków jest na wyspach około 600 tys., natomiast nieoficjalnie mówi się nawet o dwóch milionach. Do tego dochodzą też inni imigranci z Europy Środkowo-Wschodniej, którzy do strajku mogą się dołączyć.
Jeśli więc choć połowa wszystkich tych osób skorzysta z okazji do wyrażenia niezadowolenia, konsekwencje tego może zobaczyć spora część kraju. A wszystko dlatego, że obecny rząd Wielkiej Brytanii nie kryje swojego negatywnego nastawienia do imigrantów, a i przeciętni Brytyjczycy mają do nas silnie negatywny stosunek. Zła wiadomość jest taka, że jeśli protest wypali na odpowiednio szeroką skalę, nie obejdzie się to bez konsekwencji dla kierowców i przewoźników jeżdżących do Wielkiej Brytanii. Samo doczekanie się za- lub rozładunku może być 20 sierpnia na terenie Wielkiej Brytanii bardzo utrudnione.
źródło: 40ton.net
Autor: Bartłomiej Nowak








