60% funduszy trafi na drogi, zaś 40% na koleje. Podział nie jest do końca zgodny z oczekiwaniami Komisji, która preferuje odwrotny układ i stawia nacisk na rozwój tranzytu szynowego. Według Bieńkowskiej taka suma na kolej to znacznie za dużo. "Nie chodzi o to, że koleje sobie nie poradzą, ale o to, że taka ilość pieniędzy na same koleje, jak Komisja sobie w tym pierwszym rzucie zażyczyła, jest dla polskich kolei po prostu za duża. W zeszłym roku rewitalizowaliśmy 1,3 tys. km torów, w tym roku – 1,5 tys. km. Nie będzie już można kupować taboru, więc w Polsce nie będzie potencjału do wzięcia tych pieniędzy (). A na drogi – przede wszystkim ekspresowe – nadal potrzebujemy pieniędzy" – wyjaśniła Bieńkowska.
W ministerstwie trwają prace nad dokumentami programowymi dróg i kolei. Bieńkowska utrzymuje, że do połowy roku dokumenty będą gotowe i zaakceptowane przez rząd.
Polska ma się także ubiegać o dofinansowanie z pieniędzy unijnych Via Baltica i Rail Baltica (drogi i linia kolejowa łączące Polskę z krajami Nadbałtyckimi).
Na szybkie koleje nie mamy co liczyć. Bieńkowska podkreśla, że budowa kolei dużej prędkości być może powróci w rozmowach po 2020 roku. "Jestem głęboko przekonana o tym, że w momencie, gdy nie mamy wszystkich dróg ekspresowych, nie mamy kolei na odpowiednim poziomie – bo nawet jak będziemy mieli Pendolino, to większość polskich linii nadal nie będzie przystosowana do prędkości powyżej 160 km/godz. – to nie jest czas, by pakować ogromne pieniądze w koleje, które mogą jeździć 300 km/godz. Stosunek kwoty, jaką musielibyśmy na ten cel poświęcić do ceny biletów i do czasu przejazdu w tej chwili jest dla nas nieopłacalny. Będziemy oszczędzać w zależności od odcinka 7-9 minut, a za bilet musielibyśmy zapłacić 300-400 zł" – wyjaśniła.
źródło: wnp.pl
Autor: Bogumił Paszkiewicz









