REKLAMA
Omega

Dwa i pół tysiąca karetek tłumaczy się z… „fotek” ITD

Odsłuchaj artykuł

Ten artykuł przeczytasz w 2 minuty

 
W przypadku, kiedy na fotografii było widać błyskające sygnały, sprawy zamykano natychmiastowo (1392 przypadki na 2,5 tys.). Okazuje się jednak, że inspektorzy wysłali do dyrektorów okręgowych stacji pogotowia ratunkowego 1049 pism zawierających prośbę o wyjaśnienie, czy sfotografowane karetki poruszały się na sygnale. Ze zdjęć nie można wywnioskować czy w danym momencie ma się do czynienia z pojazdem uprzywilejowanym. 
 
Sygnały błyskowe nie świecą światłem ciągłym, zatem zdjęcie z fotoradaru nie daje pewności jaki status posiadało wówczas auto. W celu rozwiania wątpliwości, inspektorzy domagają się od dyrektorów pogotowia numerów zlecenia wyjazdów, danych kierowców a także oświadczenia, że karetka jechała w celach ratunkowych. 
 
Pisma docierają do pogotowia najczęściej w kilka miesięcy do zarejestrowania "wykroczenia". Zarząd pogotowia ma natomiast na udzielenie odpowiedzi zaledwie siedem dni. Dodatkowy problem wynika z faktu, iż numer zlecenia nie zawsze informuje o tym czy wyjazd karetki był "pilny". Często pojazd pogotowia wyrusza do pacjenta, który nie wymaga natychmiastowej pomocy, w wyniku czego kierowca nie musi włączać sygnałów. W przypadku kiedy jednak okazuje się, że wzywający wymaga niezwłocznej hospitalizacji, status karetki ulega zmianie i włączane są światła. Każdy przypadek wymaga zatem osobnego przeanalizowania archiwów i przesłuchania kierowców, co zabiera czas i generuje dodatkowe koszty. 
 
Dla inspektorów słuszność ich żądań nie budzi wątpliwości. Przedstawiciele pogotowia nie mogą jednak zrozumieć dlaczego nie wyposażono fotoradarów w oprogramowanie, które pozowliłoby na wykrywanie pojazdów poruszających się na sygnałach.  
 
źródło: motoryzacja.interia.pl

Autor: Bogumił Paszkiewicz

Zobacz również