Saksońskie firmy transportowe boją się konkurencji z Europy Wschodniej, w tym Polaków…

Odsłuchaj artykuł

Ten artykuł przeczytasz w 2 minuty

Po entuzjazmie, który panował na początku lat 90-tych wśród saksońskich przewoźników, nie pozostało już ani śladu. Teraz wiele średnich przedsiębiorstw walczy o przetrwanie. Tak opisuje sytuację w Saksonii prezes Związku Saksońskich Przedsiębiorstw Transportowych (LSV.) Wieland Richter. Ponadto wyraża on swoje zadowolenie z faktu, że przynajmniej w zeszłym roku w landzie żaden z przewoźników nie ogłosił niewypłacalności. Mimo to nie może on uznać 2015 za rok udany, jak wspomniał w trakcie ostatniego zebrania członków związku w Dreźnie. 

Głównym problemem saksońskich firm logistycznych i transportowych jest od dłuższego czasu wschodnioeuropejska konkurencja, która przez oferowane warunki stała się nie do pokonania.  Przewoźnicy, którzy „przyjeżdżają ze wschodu, przejeżdżając przez nasz kraj, zabierają ze sobą wszystko, co ma jechać dalej”. Jako że Polska i Czechy graniczą z Saksonią, region ten ucierpiał bardziej niż inne z powodu braku możliwości konkurowania ze wschodnioeuropejskimi przedsiębiorcami. Należy tu wspomnieć o dumpingowych cenach, przez które saksońscy przewoźnicy nie „otrzymują odpowiedniej zapłaty za transport”, jak mówi Richter.

Za niezdolność konkurowania przez Niemców na rynku Richter wini „szerzącą się deformację europejskiego drogowego transportu towarów”. Przewoźnicy ze Wschodniej Europy obchodzą, wg niego, świadomie Rozporządzenie EU 1072/2009 dopuszczając się nielegalnego kabotażu. 

Prezes związku jest przekonany, że zmiana przepisów kodeksu pracy dotycząca kierowców, niewiele zmieni. Obawia się nawet, że nowa regulacja okaże się bumerangiem, który zamiast we wschodnioeuropejską konkurencję uderzy w krajowych przedsiębiorców. 

banner

Zobacz również