Masz newsa? Powiedz nam o tym!

Średnia wartość szkody w Polsce jest blisko trzy razy niższa, niż za granicą. Dużo niższe w kraju są i średnie koszty jej likwidacji. Nic dziwnego, że ubezpieczenia zagraniczne są droższe, a przewoźnicy często robią wszystko, by ubezpieczyciel uwierzył, że ich flota jeździ tylko po krajowych drogach.

Wśród naszych zmotoryzowanych daje się zauważyć poczucie bezkarności. Część z nich daje się za granicą ponieść fantazji, sądząc zapewne, że nie dosięgnie ich ręka sprawiedliwości. Tymczasem w rzeczywistości jest wprost przeciwnie. Kary są wymierzane krnąbrnym kierowcom bezlitośnie i bywają wyższe niż w Polsce. Wyższe są też koszty wypłacanych odszkodowań oraz świadczeń pochodnych. Dlatego średnia wartość szkody zagranicznej wyniosła w 2017 r. 18,1 tys. zł i była o 11 proc. wyższa niż rok wcześniej – zauważa Mariusz Wichtowski, prezes zarządu Polskiego Biura Ubezpieczycieli Komunikacyjnych, w komunikacie na stronie Biura. Odnosi się do danych dotyczących członków Systemu Zielonej Karty.

-
+

Źródło: pbuk.pl

A do szkód zagranicznych dochodzi coraz częściej. Tylko w 2017 roku Polacy spowodowali aż 65,2 tys. kolizji i wypadków, 3 tys. więcej, niż w 2016 r.

Tradycyjnie najwięcej zdarzeń z ich winy miało miejsce na drogach Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch – komentuje PBUK.

To w tych czterech krajach doszło do 71 proc. wszystkich zagranicznych wypadków Polaków.

PBUK nie podaje, w ilu z nich brały udział samochody osobowe, a w ilu ciężarowe. Przyznaje jednak, że „Polacy jeżdżą po drogach Starego Kontynentu zarówno w celach związanych z życiem prywatnym, jak i zawodowym. (…) Podróżują do pracy lub w ramach współpracy handlowej z zagranicznymi kontrahentami, a także obsługują międzynarodowy transport towarów. I tak się składa, że najwięcej wypadków i kolizji powodują przede wszystkim na drogach państw będących celem zarobkowej migracji, a także na szlakach handlowych i turystycznych”.

Bywa, że wypadków wyjątkowo tragicznych, a z punktu widzenia ubezpieczyciela – kosztownych. Historia sprzed kilku lat: polski kierowca ciężarówki wjechał we mgle, z impetem, w korek na niemieckiej drodze. Zginął na miejscu, zabił kilka osób, sporo ranił. Roszczenia od poszkodowanych spływały przez długi czas. Ostatecznie szkodowość wyniosła niemal 3 mln złotych.

W wypadku z początku tego roku, w Wielkiej Brytanii, znów z winy m.in. polskiego kierowcy ciężarówki, zginęła ośmioosobowa rodzina. Sprawa w dalszym ciągu się toczy, jednak eksperci szacują, że i tym razem będzie można mówić o milionowych roszczeniach.

– Wielka Brytania słynie z bardzo wysokich odszkodowań, którymi straszy ubezpieczycieli. Dochodzi do tego, że kiedy przewoźnik informuje, że ma tam kursy, ubezpieczyciel od razu „się usztywnia”. Bywa, że odmawia ubezpieczenia, bywa, że proponuje za polisę kwoty wręcz zaporowe – mówi Adam Pająk, prezes zarządu Transbrokers.eu.

A to nie wszystko, co trzeba brać pod uwagę, myśląc o ubezpieczeniach w kraju lub za granicą. Istotnie różnice są również w kosztach likwidacji szkody.

– W Polsce ubezpieczyciel ma swoje służby likwidacyjne i tylko czasami stosuje outsorcing, co przekłada się na sumy. Zlikwidowanie szkody rzeczowej, jeśli jest prosta, wynosi około 500 zł. Zlikwidowanie osobowej, średnio od 1 do 2 tysięcy złotych. Tymczasem za granicą, żeby ktokolwiek podjął jakiekolwiek działania wokół szkody, trzeba się liczyć z wydatkiem rzędu 1,5-2 tys. euro, bo działają tam komisarze awaryjni, którymi z reguły są zagraniczne zakłady ubezpieczeń – tłumaczy prezes Transbrokers.eu. – Różnice są więc wyraźne.

Jak się chronić przed oszustami, albo zapominalskimi?

Eksperci przekonują więc, że oferty ubezpieczeń, rozróżniające składki w zależności od tego, po jakich krajach porusza się samochód, mogą być atrakcyjne dla przewoźników. To jednak wiąże się z szeregiem wyzwań.

– Tego rodzaju oferty już są, ale pojawiają się trudności z przypisaniem ich do odpowiednich przewoźników. Weźmy nasz przykład – dopiero niedawno pojawiła się firma, której mogli byśmy zaproponować takie rozwiązanie, bo jej flota dzieli się ściśle na dwie części: samochody, które jeżdżą tylko po kraju, i takie, które tylko za granicą – tłumaczy Adam Pająk. – Taki żelazny podział jest kluczowy. I, oczywiście, jego weryfikacja.

A tę umożliwić może właśnie telematyka.

– To ona mogłaby pełnić funkcję takiego „psa pasterskiego”, który by pilnował i weryfikował, czy rzeczywiście samochody jeżdżą na przykład tylko po Polsce. Ubezpieczyciele z takimi deklaracjami mają do czynienia bardzo często, jednak potem, w praktyce, niejednokrotnie się okazuje, że po jakimś czasie zaczynają „spadać szkody” z zagranicy – dodaje.

Przy czym zastrzega, że nie zawsze możemy mówić o celowym oszustwie. Bywa, że przewoźnik po prostu zapomni, co deklarował wiele miesięcy wcześniej, a gdy pojawi się zlecenie – wysyła samochód zgłoszony w ubezpieczeniu jako “krajowy” w trasę do innego państwa.

Podział na kraj-zagranicę to jednak dopiero początek. Nie da się ukryć, że można wytyczyć i dokładniejszy, na kierunki tańsze i droższe.

– Naturalnie i w dużym uproszczeniu można go opisać tak: droższe są kraje starej UE, byłe „demoludy” zaś – tańsze – wyjaśnia Adam Pająk. – To jednak już się zmienia. Koszty pracy w tych drugich zaczynają rosnąć, a to one mają bardzo duży wpływ na szkodowość. Nie da się ukryć, że Europa Wschodnia równa do Zachodu. Tym niemniej różnice, i to dość wyraźne, nadal są zauważalne. Nic więc dziwnego, że ubezpieczyciel chciałby sprawdzać, dzięki telematyce, czy przewoźnik jeździ po Czechach, czy zapuszcza się na dużo droższe Wyspy lub do Norwegii.

Fot. YouTube/TransEdu

Komentarze

comments0 komentarzy
thumbnail
Aby ustawić powiadomienia o komentarzach - przejdź do swojego profilu