Transport Ride część II czyli przewoźnicy na rowerach

Odsłuchaj artykuł

Ten artykuł przeczytasz w 8 minut

Już 8 maja po spakowaniu rowerów, uczestnicy rajdu, a było ich w tym roku znacznie więcej niż w poprzednim, bo 24, wsiedli do autokaru i ruszyli ze Śląska do Świnoujścia, humory dopisywały. Wieczorem zameldowaliśmy się w gościnnym hotelu Medical SPA. Poranek obudził nas niezbyt sprzyjającą pogodą, ołowiane niebo i wiejący wiatr nie napawały optymizmem, jak się okazało taka pogoda towarzyszyła nam niemal przez całą trasę. Po szybkim śniadaniu przygotowanie rowerów, ostatnie wskazówki Przemka (dyrektora rajdu) i zjeżdżamy nad morze by zrobić wspólne zdjęcie. Krótki przejazd przez Świnoujście i ze wzruszeniem ustawiamy się do pamiątkowego zdjęcia na przejściu granicznym, dokładnie w tym miejscu, gdzie kończyliśmy zeszłoroczny wrześniowy rajd na trasie Hel – Świnoujście. Pamiątkowe zdjęcie i ruszamy. Tego dnia pokonujemy 105 km. Miłym urozmaiceniem jest krótka przeprawa promowa. Prom niewielki i musimy dzielić się na dwie grupy. Trasa przebiega cały czas po niemieckiej stronie granicy, a naszym celem jest Passewalk. Teren urozmaicony, jedziemy leśnymi ostępami, ścieżkami rowerowymi i drogami polnymi. Niestety całą przyjemność jazdy psuje mocny wiatr i niezbyt przychylna temperatura. Trafia się nam pierwsza poważna awaria. Na leśnym odcinku koledze Robertowi gałąź urywa mocowanie przerzutki. Kilka kilometrów Robert holowany jest przez nieocenionego serwisanta Bartka. W jednej z mijanych miejscowości podjeżdża do nas bus techniczny i Robert przesiada się na inny rower. Jednak nikt się nie poddaje i tak dzielnie docieramy do hotelu Am Park w Passewalk. Nie da się ukryć, że ci z nas, którzy wcześniej nie trenowali poczuli trudy przebytych kilometrów, w szczególności w miejscu, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Wieczorem udajemy się do miasta, gdzie trafiamy na festyn. Jest czas na zjedzenie kiełbasek z grilla i wypicie kufla piwa. Jednak, mimo, że szykuje się przyjemna zabawa, świadomi kolejnego dnia szybko udajemy się na spoczynek.
Poranek wita nas przebłyskami słońca, ale trwa to zaledwie chwilę, znowu ciężkie chmury i porywisty wiatr. Nasz cel to Cedynia, ale większość trasy pokonujemy po stronie niemieckiej, wzdłuż Odry. Trasa także jak poprzedniego dnia urozmaicona, ale większość kilometrów pokonujemy po ścieżce rowerowej na wałach przeciwpowodziowych. Tu wiatr prosto w twarz mocno spowalnia tempo, ale dzielnie pedałujemy. Na trasie, niezwykle malowniczej, podziwiamy zakola Odry. Robimy krótki postój na posiłek i ruszamy dalej. W Krajniku Dolnym przekraczamy granicę i wjeżdżamy do Polski. I tu świat dla rowerzysty zmienia się diametralnie. Trwa walka o życie!!!!!! Przykre to, że kultura jazdy niemieckich kierowców, jest zupełnie inna od kierowców polskich. Niemcy widząc dużą grupę rowerzystów, zatrzymują się, zjeżdżają na pobocze, są niezwykle uprzejmi. W Polsce spod kół pędzącego!!! busa, na niezwykle wąskiej jezdni, kolega Przemek dostaje cios kamieniem. Na szczęście wszystko kończy się dobrze. Myślę, że warto apelować o wzajemne poszanowanie na drogach. Tu Niemcy mogą być doskonałym wzorem. Późnym popołudniem docieramy do Cedyni. Zatrzymujemy się w hotelu Margo, jemy kolację i odpoczywamy. Wieczorem jednak nachodzi nas chęć na grilla, więc szybciutko się organizujemy i spędzamy sympatycznie czas. Kibicujemy naszym na koncercie Eurowizji, jednak wygrywa jakaś kobieta z brodą, zatem delektujemy się naszą kiełbasą z grilla!!! Idziemy dość późno spać, choć za nami w tym dniu 120 km.
Rano pobudka, na szczęście nie pada, ale trudy wieczoru, a w szczególności niezjadliwy(a) austriacki wurscht, nie nastraja dość optymistycznie. Zaczynamy od odwiedzenia pola bitwy pod Cedynią i zatrzymujemy się na chwilę pod pomnikiem. Najtwardsi kolarze w ramach rozruchu pokonują ponad pięćset schodów i docierają pod sam pomnik, skąd rozpościera się widok na okolice Cedyni. Ruszamy dalej kierując się w stronę Niemiec. Przekraczamy granicę i znowu na przyjaznych dla rowerzystów szlakach podziwiamy piękno przyrody. Wiatr nie ustaje, zdarzają się chwile, że jego podmuchy bywają boczno – tylne, co znakomicie ułatwia jazdę, ale to tylko krótkie chwile. W większości wieje prosto w twarz. Trafiamy na przydrożne gospodarstwo agroturystyczne, gdzie posilamy się chlebem własnego wypieku, samodzielnie robionym masłem, świeżym miodem, oczywiście nie zabrakło lokalnego piwa. Po chwili odpoczynku, czołowa grupa tzw. napinaczy, pogania do dalszej jazdy. Zatem na rowery i w trasę. We Frankfurcie nad Odrą pamiątkowe zdjęcie i dalej w drogę. Trasa tym razem w większości przebiega po wale przeciwpowodziowym, gładko wyasfaltowanym, ale i tutaj czyhają niebezpieczeństwa. Przekonał się o tym kolega Andrzej Luniak, któremu gwałtownie uszło powietrze z koła. Okazuje się, że ptaki wyławiają z pobliskiej rzeki muszle, które z wysokości zrzucają na asfalt i ze smakiem wyjadają zawartość. W wielu miejscach ścieżki usłane są porozbijanymi muszlami, które mają niezwykle ostre krawędzie mogące uszkodzić oponę. Szybka interwencja kolegów, klejenie dętki i ruszamy dalej. Tym razem etap niezwykle długi, gdy dojeżdżamy do Neuzelle do hotelu Prinz Albrecht na licznikach pokazuje się dystans 140 km. Ten etap okazuje się najdłuższy i wymagający naprawdę dużego wysiłku. Kolację jemy w przyjemnej restauracji i szybko lądujemy w łóżkach. W nogach mamy już wszak ponad 300 km.

Ranek słoneczny, ale jak zwykle tylko przez niewielką część dnia, wiatr wzmaga swoje podmuchy, a my dzielnie przemierzamy kolejne kilometry, tym razem wzdłuż malowniczych meandrów Nysy Łużyckiej. Po 124 km. docieramy do Rotenburga. Nocleg mamy w hotelu Zur Krone położonym przy rynku. Miasteczko robi przyjemne wrażenie. Po kolacji w eleganckiej restauracji gdzie Dyrektor Rajdu dokonuje pierwszego podsumowania oraz udziela wskazówek na ostatni dzień udajemy się na krótki spacer i zdrożeni kładziemy się spać. Jeszcze wieczorne rozmowy, przed ostatnim etapem, który mimo, że najkrótszy, to jednak będzie wymagający pod względem podjazdów. Rano jak zwykle po śniadaniu ruszamy na trasę i po przekroczeniu granicy w Gerlitz jedziemy po polskiej stronie. Zaczynają się strome i długie, naprawdę męczące podjazdy, a my mamy już w nogach blisko 500 przejechanych kilometrów. Tereny niezwykle malownicze. Dolny Śląsk w tych okolicach zachwyca. Zatrzymujemy się w Leśnej na krótki odpoczynek i tutaj odkrywamy smakowity barszcz i świetne pierogi. Po krótkim odpoczynku, posileni ruszmy dalej, to już ostatnie 20 km i chyba najbardziej męczące. Na kilka kilometrów przed metą zaczyna się prawdziwa ulewa, ale my dzielnie docieramy na metę rajdu przy hotelu Cottonina w Świeradowie Zdrój, gdzie czekają na nas organizatorzy, sponsorzy i wiele miłych atrakcji.

Wieczór, to czas na podsumowanie przebytych 572 km. Spotykamy się na uroczystej kolacji. Przemawia pomysłodawca i główny organizator rajdu Przemek Lis. Nie kryje swojego wzruszenia, że udała się tak znakomita inicjatywa. Głos zabiera Andrzej Luniak Prezes Zarządu BDK i głównego sponsora imprezy. Zapowiada kontynuację Transport Ride. Już 5 września ruszamy w dalszy objazd Polski!!!. Dyplomy, skromne upominki i długie wieczorne rozmowy, które uprzyjemnia zespół Grzegorza Majzla. Nie kryjemy zadowolenia, że mimo niekorzystnej pogody udało nam się pokonać ten długi dystans.

Nie doszłoby do tej przygody, gdyby nie zaangażowanie organizatorów: Przemka Lisa oraz Sebastaiana Żurka z firmy Sports-Men, serdeczne podziękowania dla naszych serwisantów Bartka i Tomka, którzy często w nocy dbali o „kondycję” naszych rowerów. I jak to zwykle w życiu – można mieć świetną ideę, ale rachunki musi ktoś zapłacić. Ten etap nie odbyłby się gdyby nie wspaniałomyślność Naszych sponsorów Grupy DBK, Orlen PetroTank oraz VB Leasing. Sponsorzy Nasi nie dość, że wsparli nas finansowo, pomogli przygotować całość przedsięwzięcia, to jeszcze ich przedstawiciele jak to było poprzednio osobiście wzięli udział w Rajdzie. Nie można również zapomnieć o organizacji transportowej OZPTD, która objęła to przedsięwzięcie swoim patronatem, widząc ideę, z którą chcemy dotrzeć do społeczeństwa jako spójną z założeniami organizacji.

Jeszcze raz przewoźnicy udowodnili, że potrafią się oderwać od biurek, samochodów, codziennych spraw i zdecydować się na poznawanie pięknych miejsc, budowanie swojej kondycji i krzewienie zdrowego spędzania czasu!!!

źródło: ozptd.pl

Autor: Bogumił Paszkiewicz

Zobacz również