Pobicia Polaków, demolowanie samochodów i blokady na drogach – początek lipca na granicy Polski i Ukrainy upłynął pod znakiem gwałtownych niepokojów.
Mały ruch graniczny kością niezgody
W ramach przygotowań do szczytu NATO i Światowych Dni Młodzieży, Polska zdecydowała o zawieszeniu umowy z Ukrainą o tzw. małym ruchu granicznym. Na jej mocy, obywatele Ukrainy zameldowani w miejscowościach mieszczących się w 50-kilometrowym pasie przy granicy obu państw mogli wjeżdżać do Polski bez większych formalności, bo na podstawie zezwolenia.
Bez umowy o małym ruchu granicznym, którą zawieszono 4 lipca br., wjazd do Polski stał się możliwy tylko po zdobyciu wizy. Ta jednak kosztuje sporo (w przeliczeniu na złotówki blisko 300 zł), a jej załatwienie wymaga czasu. To rozsierdziło Ukraińców, którzy dzięki umowie o małym ruchu granicznym mogli zajmować się w Polsce drobnym handlem i dorabiać. Decyzja polskich władz pozbawiła ich tej możliwości.
Polacy obiektem agresji
“Gazeta Wyborcza” opisuje, jak duża była agresja wobec Polaków, którzy decydowali się wjechać na Ukrainę. Na początku lipca niespokojnie było na przejściach granicznych w Korczowej i Medyce, gdzie oburzeni Ukraińcy protestowali i próbowali blokować ruch. Najgorzej było jednak w Hrebennej, gdzie tłum Ukraińców napadł na Polaków.
Auta z polskimi tablicami rejestracyjnymi atakowano i demolowano, a obywateli Polski wyzywano, szarpano i bito. Jeden z napadniętych Polaków doznał urazów na tyle poważnych, że trafił do szpitala na tydzień. Napastnicy nie zwracali uwagi ani na legitymację prasową jednej z osób, które podróżowały z Polski na Ukrainę, ani na dokument od konsula Ukrainy w Lublinie, który poświadczał, że Polki jadą do Lwowa po odbiór dyplomów.
Polakom próbowali pomóc nieliczni Ukraińcy, a pomogli dopiero policjanci, choć wg świadków zdarzenia ich interwencja była spóźniona, powinna też być bardziej zdecydowana.















