W handlu z Rosją największą rolę odgrywa eksport maszyn i urządzeń, sprzętu elektrycznego i elektrotechnicznego: 30 proc. całej sprzedaży. Drugą ważną grupa są wyroby chemiczne – ok. 20 proc. Z kolei udział artykułów rolno-spożywczych spadł w sprzedaży do Rosji do ok. 12,6 proc., z 15,4 proc. w 2013 r.
Branża rolno-spożywcza sprzedała tam o ponad 370 mln euro mniej niż dwa lata temu. Najbardziej ucierpiały towary objęte embargiem: owoce, warzywa, mięso, przetwory mleczne. O ile w 2013 r. polscy sadownicy wysłali na Wschód 678 tys. ton jabłek, to w 2014 r. między styczniem a październikiem już tylko 401 tys. ton. O połowę mniej wysłaliśmy też pomidorów, moreli, wiśni i brzoskwiń, a o ponad 1/3 mniej serów i twarogów. Spadek był na tyle poważny, że zaważył na całości eksportu danego typu produktu. Nie zmienia to faktu, że eksport żywności na wszystkie rynki zanotował kolejny rekord – wzrósł z 20,4 do 21,3 mld euro.
Jednak nie we wszystkich kategoriach eksport spożywczy do Rosji spadł. W 2014 r. udało nam się wyeksportować o ponad tysiąc ton więcej czekolady i przetworów spożywczych zawierających kakao. O 23 mln euro wzrosła sprzedaż chleba, pieczywa cukierniczego, ciast i ciastek, zaś o 9 mln – wytwórców soków.
Ofiarą obecnej sytuacji jest też branża przewozowa. Maciej Wroński, prezes Związku Pracodawców „Transport i Logistyka Polska”, szacuje, że liczba przewozów do Rosji zmalała w stosunku do 2013 r. o 12–14 proc. Ale tonaż zmniejszył się tylko o 9–10 proc., bo cześć kontraktów przejęły firmy rosyjskie. – Najbardziej na embargu ucierpiało grono 300 firm, które realizowały przewozy specjalistycznymi pojazdami chłodniczymi. Zdarza się, że zaczęły wozić inne towary, np. lodówki, by wykorzystać sprzęt i utrzymać się na wschodnim kierunku.
Ubiegłoroczne embargo na eksport polskiej żywności do Rosji to nie nowość. Podobne restrykcje nasi sąsiedzi wprowadzali w latach 2005– 2008. Jednak nikt nie wyciągnął z tego odpowiednich wniosków. – Embargo ma charakter polityczny, a nie ekonomiczny. Nie możemy się zachowywać tylko tak, żeby nie urazić Rosji, żeby nie zamknęła przed nami swojego rynku – ocenia prof. Katarzyna Duczkowska-Małysz z SGH. Ale jej zdaniem eksporterzy i rolnicy powinni być wyczuleni na to, że mają do czynienia z niestabilnym partnerem i mieć w zanadrzu innych odbiorców. – Tak by było, gdyby organizacje producentów żywności były mocne i szykowały się strategicznie także na inne rynki, a nie uzależniały od rosyjskiego – wyjaśnia prof. Duczkowska-Małysz. Kiedy naszym producentom dzieje się względnie dobrze, nie chcą myśleć o tym, że kiedyś może się to skończyć. A kto nie myśli perspektywicznie, ten wpada w tarapaty.
Trzeba pamiętać przy tym, że z powodu zamknięcia rynku rosyjskiego Unia Europejska wypłaca tym, którzy stracili, rekompensaty. Ale muszą mieć na to dokumenty.
– Kłopot w tym, że nasi rolnicy nie prowadzą rachunkowości, nie mają dowodów na spadek ich dochodów. Nie mają ich, ponieważ nie płacą podatków jak inne firmy. W efekcie otrzymują mniejsze rekompensaty niż rolnicy z innych krajów Wspólnoty, którzy mają na wszystko odpowiednie kwity – podkreśla prof. Duczkowska-Małysz. Według niej nieprzewidzianych sytuacji będzie prawdopodobnie coraz więcej. W związku z tym Unia będzie przeznaczać dodatkowe pieniądze na rozwiązywanie takich problemów. Jeśli nasi rolnicy chcą z nich skorzystać, będą musieli nauczyć się dokumentowania swoich strat.
źródło: forsal.pl
Autor: Bartłomiej Nowak









