Wiedza dostarczana przez innych doświadczenia to skarb. Mądre głowy potrafią z niego korzystać – reszta liczy na cud. Takim zdaniem możnaby spokojnie podpisać się pod tematem "e-myto". Wszystko wskazuje na to, że elektroniczny system opłat nie wystartuje zgodnia z założeniami – w lipcu 2011.
Czy aby na pewno?
Piątkowa Gazeta Prawna w ogóle poddaje w wątpliwość ważność przetargu. Być może, zostanie on rozpisany zupełnie od nowa – a czas ucieka. Gdyby przyjrzeć się wdrożeniom tego systemu u innych, okazuje się, że szanse na pojawienie się e-myta w Polsce w lipcu przyszłego roku, mogą być nierealne, a termin został wyznaczony przez Unię Europejską 5 lat temu. Szwajcarzy wprowadzali system 2 lata, Austriacy – 18 miesięcy. Czesi, jak podaje Puls Biznesu, wykonali zadanie w 9 miesięcy, ale w sposób bardzo prowizoryczny. Najkrócej zajęło to Słowakom, bo 6 miesięcy, ale… z rocznym poślizgiem.
Ale nie tylko te argumenty przemawiają do logiki. Do sprawy terminowości polskiego e-myta, dochodzą jeszcze protesty obu firm biorących udział w przetargu, a te z kolei nie szczędzą sobie takich możliwości.
Zarobią transportowcy
Według wyliczeń, na opóźnieniu zyskają firmy transportowe. Średnie przedsiębiorstwo, po wprowadzeniu e-myta, będą musiały dopłacić o 30-60 tys. zł. więcej, niż dotychczas. Każdy miesiąc opóźnienia to radość przedsiębiorcy, który tym razem nie ma prawa krytykować rządu z jego ministrami za opieszałość, bo niby dlaczego strzelać w swoje własne kolana? Zarobią również firmy, które odpowidają za płatne autostrady. Właściciele A2 i A4 w dalszym ciągu będą dostawać z budżetu państwa rekompensaty za darmowy przejazd. Sprawa w toku.
Autor: Bogumił Paszkiewicz











