– W 2009 r. doszło do 220 wypadków na drogach z udziałem takich materiałów, a rok później do 253 – mówi rzecznik Najwyższej Izby Kontroli Paweł Biedziak. – To m.in. efekt tego, że wojewodowie nie sprawdzają, jak straż pożarna, inspektoraty transportu drogowego i marszałkowie wykonują swoje zadania związane z zapewnieniem bezpieczeństwa transportów. Nie stworzyli nawet procedur zapewniających przepływ informacji między jednostkami a swoim urzędem – dodaje.
Na osiem skontrolowanych przez NIK województw, negatywną ocenę otrzymało, aż sześć. Skala zagrożenia jest o tyle duża, iż nawet 10 procent spośród wszystkich towarów przemieszczających się po naszych drogach, posiada status "niebezpiecznych". W skrócie oznacza to 155 mln. ton przeróżnych chemikaliów oraz substancji radioaktywnych – ponad 42 tys. ton dziennie, dając łącznie ładunek ok. 2 tys. TIR-ów.
Dlaczego zatem nie ma nawet parkingów, na których takie pojazdy mogłyby się zatrzymywać? Bardzo często zdarza się, że inspektorzy transportu drogowego kontrolują cysternę zawierającą niebezpieczny gaz, ale jadącą z niesprawnymi hamulcami. Kuriozum pojawia się w momencie, gdy nie mogą odholować jej w bezpieczne miejsce. Teoretycznie takie parkingi powinny być w bezpiecznej odległości od domostw i przyrody – marszałkowie najwyraźniej traktują tę zasadę zbyt dosłownie, ponieważ w sześciu województwach nie było ich dosłownie nigdzie.
Nie wykorzystuje się także najprostszych instrumentów ograniczania zagrożeń poprzez oznakowanie dróg. – Możliwy był transport niebezpiecznych ładunków w godzinach szczytu, zatłoczonymi ulicami, w pobliżu szkół, przedszkoli i przez obszary przyrody chronionej – mówi raport NIK.
Źródło: Gazeta Prawna
Autor: Łukasz Majcher









