KORONAWIRUS

Poinformuj nas o utrudnieniach

Wiele wskazuje na to, że w nadchodzącym roku wejdą w życie przepisy unijne, które mogą oznaczać spore perturbacje dla polskich przewoźników. Eksperci policzyli, o ile wyższe będą koszty pracownicze. Wyniki tych wyliczeń nie napawają optymizmem. Sytuację uratować może tylko szybka zmiana krajowych przepisów.

Pod koniec lipca 2020 r. wchodzą w życie przepisy Dyrektywy o delegowaniu. Dla transportu będą wiążące dopiero wówczas, kiedy zatwierdzony zostanie kształt Pakietu Mobilności. Niedawne zakończenie trilogu może jednak wskazywać, że koniec prac jest bliższy, niż to się wydawało.

Gdy przepisy o delegowaniu zaczną faktycznie funkcjonować, może to oznaczać, jak policzyli eksperci, wzrost kosztów pracowniczych nawet o 30 proc., choć nie dla wszystkich.

Wiele zależy od rodzaju przewozów, jakie wykonuje firma. Jeśli w międzynarodowym transporcie drogowym koncentruje się na przewozach stricte dwustronnych, czyli import, eksport z Polski, to nie poniesie dodatkowych kosztów. Natomiast jeśli wykonuje wyłącznie przewozy typu cross trade, uzupełniając to kabotażem, musi się liczyć z tym, że dziennie koszty pracy wzrosną nawet o ponad tysiąc złotych. Bo będzie musiała wypłacać taką samą pensję, jaką dostają zachodni kierowcy, ze wszystkimi elementami składowymi wynagrodzenia – podkreśla Maciej Wroński, prezes TLP. – Co więcej, dodatkowo będzie musiała płacić jeszcze ryczałty i diety, czego wymagają polskie przepisy o podróżach służbowych.

– Ze względu na to, że przepisy dotyczące pracowników delegowanych zabraniają wliczania naszych ryczałtów i diet w poczet wynagrodzenia, polski przedsiębiorca będzie płacił dużo więcej niż jego zagraniczni koledzy, działający w kraju, do którego jedzie jego kierowca – dodaje.

Mniejsi i średni gracze mogą zniknąć z rynku

Eksperci Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców – Kamil Wolański i Łukasz Włoch policzyli specjalnie dla Trans.INFO, co to wszystko będzie dokładnie oznaczać w praktyce.

Przyjrzeli się konkretnemu przypadkowi – kierowcy podróżującemu na trasie międzynarodowej (Łodź – Bordeaux), który pracuje 20 dni za granicą i zarabia 6500 zł netto.

Założenia autorów, przyjęte do wyliczeń:

W obliczeniach założono, że kierowcy otrzymują średnio 47 euro dziennych należności z tytułu podróży służbowych. Wszystkie dodatkowe składniki (dyżury, nocne, nadgodziny, wyrównania do minimalnych) mieszczą się średnio w kwocie 3500 zł brutto. Kierowca pracuje 160 h (przy założeniu 8 godzin pracy w ciągu dnia przez okres 20 dni), a średnia stawka zagranicznej płacy minimalnej wraz z dodatkami wynosi 12 euro/h. Potrzebne do obliczeń w przypadku potraktowania kierowcy jako pracownika oddelegowane prognozowane miesięcznie wynagrodzenie w 2019 r. wynosi 4 765 zł.

Po zmianach związanych z delegowaniem pracowników w Unii Europejskiej mało prawdopodobne, zdaniem autorów wyliczeń, by zmniejszyła się pensja samego kierowcy. Wynika to przede wszystkim z sytuacji na rynku pracy, gdzie od dłuższego czasu, w obliczu braków kierowców, mówi się o rynku pracownika. Gdyby jednak pracodawca chciał pokusić się o takie rozwiązanie, wówczas ten ostatni zarabiałby w omawianym scenariuszu o tysiąc złotych mniej (aby po wzroście kosztów koszty pracodawcy były na poziomie obecnych, pensja pracownika musiałaby być odpowiednio niższa, w związku z czym, teoretycznie, pracodawca mógłby doprowadzić do zmian warunków umowy kierowcy).

Najbardziej prawdopodobny jest jednak wzrost kosztów pracodawcy. Po wejściu w życie przepisów o delegowaniu, aby pracownik dostawał, jak wcześniej 6500 zł, całkowity koszt pracodawcy wzrośnie do 10 670 zł, czyli o ponad 30 proc w stosunku do obecnie notowanych. A to, jak zauważa Kamil Wolański, „realnie zagrozi rentowności firm i wyeliminuje z rynku mniejszych i średnich graczy”.

Pewne podwyżki kosztów – nieuniknione

Sytuacja może się nieco poprawić, jeśli nastąpią zmiany w polskim prawie, które zminimalizują negatywne skutki unijnych przepisów.

Obecna kwota, którą otrzymuje kierowca, składa się w 70 proc. z diet i ryczałtów noclegowych, a 30 proc. to wynagrodzenie bazowe, od którego odprowadzane są składki na ubezpieczenie społeczne oraz zaliczki na podatek dochodowy – przypomina Kamil Wolański z OCRK.

A, jak już zaznaczyliśmy, zgodnie z unijnymi przepisami o delegowaniu, diety i ryczałty nie wliczają się do wynagrodzenia. Na tym polu powinny, według ekspertów, nastąpić zmiany w przepisach krajowych. Dzięki temu bowiem można znacznie zmniejszyć koszty pracodawcy. W omawianym przykładzie – do 9275 zł, co będzie oznaczać ich wzrost o 13,5, a nie o ponad 30 proc.

Obecne zasady Dyrektywa – kierowca oddelegowany (brak podróży służbowych) Dyrektywa – bez zmian w PL
Brutto pracownika 3 500 zł 8 280 zł 8 270 zł
Netto pracownika 2550 zł + 3950 zł (podróże służbowe, 47€/dzień) 6 500 zł 5900 zł + 600 zł (podróże służbowe minimum 30zł/dzień)
Całkowity koszt pracodawcy 8 170 zł 9 275 zł 10 670 zł
Różnica (%) +13,5 proc.  +30,6 proc.

Niezależnie od wprowadzonych zmian kilkuprocentowa podwyżka kosztów po stronie pracodawców jest nieunikniona. Jednak bez modyfikacji polskiego prawa – sama dyrektywa o delegowaniu wprowadzi chaos legislacyjny, znaczne utrudnienia administracyjne oraz spowoduje jeszcze większe koszty – tłumaczy ekspert OCRK.

Czas na ruch polskiego rządu

Prace nad zmianą modelu wynagrodzeń kierowców toczą się w Polsce od dłuższego czasu. W ostatnim czasie jednak zamarły. Prezesa TLP to jednak wcale nie dziwi.

Branża czeka z pracami, bo uwagi może złożyć do gotowego projektu ustawy, a ten z kolei muszą przedstawić politycy. Nie wydaje mi się jednak, by rząd się spóźnił. Nie mógł się zająć tym tematem wcześniej, bo nie wiedział, jaki kształt ostatecznie przybierze Pakiet Mobilności. Przepisy krajowe mają się zmienić właśnie po to, by zminimalizować negatywne skutki przepisów unijnych – zauważa.

– Oczywiście rozsądni ludzie pracują roboczo nad projektami i mam nadzieję, że rząd szykuje już jakieś propozycje rozwiązań, przynajmniej tego bym oczekiwał – dodaje.

W świetle ostatnich wydarzeń w Unii Europejskiej wydaje się jednak, że czas ku temu najwyższy. Tym bardziej, że już w kwietniu ubiegłego roku eksperci przestrzegali, że nawet jeśli Pakiet Mobilności wejdzie w życie z opóźnieniem, może powstać więcej krajowych przepisów, podobnych do Loi Macrone i MiLogu.

Myślę, że jeśli niektóre państwa członkowskie będą chciały dokuczyć naszym transportowcom, wprowadzając nowe, krajowe przepisy, to trudno będzie tego uniknąć – usłyszeliśmy w biurze europosła Kosmy Złotowskiego. – Już teraz poruszamy się przecież w sferze niedomówień. W dalszym ciągu nierozstrzygnięte jest, czy MiLog oraz Loi Macrone są zgodnie z unijnym prawem, czy też nie.

Maciej Wroński uspokaja.

MiLog wcale nie jest taki zły, w porównaniu z tym, co wydarzy się po wejściu w życie dyrektywy o delegowaniu. Po pierwsze, przewoźnicy jakoś sobie z nim radzą, a po drugie, nie jest twardym prawem, a orzecznictwem – tłumaczy. – Z przepisami unijnymi będzie inaczej – gdy wejdą w życie, trzeba będzie je bezwzględnie respektować.

Według najnowszych informacji, wiele wskazuje na to, że Pakiet Mobilności wejdzie w życie z pewnym opóźnieniem.

Wśród wielu ograniczeń, które wprowadza Pakiet Mobilności, jedną z pozytywnych zmian w zapisach, które zatwierdzono, jest wydłużenie okresu na przygotowanie się do egzekwowania nowego prawa. Mamy na to 18 miesięcy od momentu wejścia w życie tych przepisów. To zaś może nastąpić, choć nie musi, najwcześniej wiosną 2020 roku. W praktyce będziemy zobligowani stosować się do nich pod koniec 2021 roku – wyjaśnia Kamil Wolański. – Dlatego bardzo ważne jest teraz, żeby rozpocząć zmiany legislacyjne w Polsce w celu zminimalizowania skutków Pakietu Mobilności, bo to jest możliwe – kwituje.

Fot. Flickr/PIVISO/public domain

Komentarze

comments0 komentarzy
thumbnail
Aby ustawić powiadomienia o komentarzach - przejdź do swojego profilu