Firma Andreassons Aakeri, należąca do małżonków Andreasson, posiada flotę okoł 150 samochodów ciężarowych, obsługujących skandynawskie i europejskie trasy. Większość zatrudnianych kierowców to Polacy i Rumuni. Firma nie od dziś ma zatargi z prawem. Zazwyczaj związane były one z rozliczeniami i wypłatami dla pracowników. Wśród Polaków kompania od wielu lat cieszy się złą sławą. Na forach internetowych mozna odnaleźć dziesiątki wpisów ostrzegajacych przed podjęciem współpracy z firmą.
Pan Radosław, oszukany przez przewoźnika, postanowił walczyć o zaległe pieniądze oraz, jak sam podkreśla, o swoje prawa i godność. W 2011 roku Polak szukał pracy. Po rozmowie kwalifikacyjnej, właścicielka firmy, zleciła mu natychmiastowy wyjazd do Norwegii, bez podpisania umowy. Dokumenty miały być wystawione zaraz po jego powrocie. Kiedy jednak wrócił, nakazano mu założyć własną firmę transportową w Polsce, by uniknął "problemów z uzyksaniem wpłat". Kontrakt z jego świeżo powstałą firmą podpisała jednak nie Andreassons Aakeri, ale inna spółka, w której mąż właścicielki był członkiem zarządu. W czasie rozmowy ustalona została stawka 150 koron szwedzkich na godzinę. Niestety w umowie nie było mowy o konkretnych stawkach. Pan Radosław pracował przekraczając ustalenia prawne dotyczące czasu pracy. Średnia z kilku miesięcy wynosiła aż 78 godzin tygodniowo. Jednak wypłaty nie odzwierciedlały przepracowanego czasu. Kiedy poszkodowany usiłował wyjaśnić sprawę w biurze firmy, odsyłano go i zbywano.
W podobnej sytuacji byli także inni pracownicy Andreassons Aakeri. Nieobeznani ze szwedzkimi stawkami, prawem oraz językiem Polacy i Rumuni stali się łatwym celem dla małżonków Andreasson, którzy budowali swoją potęgę ich kosztem. Z szeregu milczących choć niezadowolonych pracowników wystąpił pan Radosław. Kiedy w przypływie emocji próbował siłą wejść do biura właścicielki i odzyskać swoje pieniądze, inni pracownicy powstrzymywali go. Zrezygnował z pracy po tymże zajściu. Po jakimś czasie otrzymał w przeliczeniu na złotówki nieco ponad 32 tysiące zapłaty. Brakowało ponad 44 tysięcy. Wysyłane upomnienia do firmy nie skutkowały. Wobec takiej sytuacji pan Radosław na początku 2012 roku oddał sprawę do sądu w Varberg.
Wieść o sprawie prędko rozeszła się w całej Skandynawii. Związek zawodowy kierowców wytoczył firmie osobny proces przed sądem pracy, domagając się dla pana Radosława ponad 200 tysięcy złotych odszkodowania. Przewoźnik usiłując wywalczyć ugodę proponował Polakowi jedną dziesiątą tej sumy. Uparty Polak odrzucił jednak tę propozycję i walczył dalej.
Do samozatrudnienia nakłoniono wielu kierowców. Sprawiło to, iż sprawa pana Radosława stała się precedensowa. Związek zawodowy zażądał w imieniu wszystkich poszkodowanych ponad 20 milionów szwedzkich koron zadośćuczynienia. W listopadzie 2012 roku Szwedzki Urząd Podatkowy nakazał firmie Andreassons Aakeri opłacić blisko 10 milionów koron szwedzkich zaległych składek za polskich kierowców. Według Sądu pracujący na terenie Skandynawii polscy kierowcy powinni mieć składki opłacane przez pracodawcę, a nie samodzielnie uiszczać je w Polsce. Poza składkami Andreassons Aakeri powinna zapłacić nałożoną przez Szwedzki Urząd Podatkowy milionową karę za dostarczanie fałszywych informacji.
Małżonkowie wciąż odpierają zarzuty. Ostrzegają, że jeśli roszczeń nie rozłoży się na raty firma zbankrutuje ze szkodą dla kierowców i całej branży. 17 lutego sąd nie zgodził się z wnioskiem o zawieszenie spłaty zasądzonych dla Urzędu Skarbowego składek.
Zgodnie z postanowieniem urzędu podatkowego Andreassons Aakeri musi odprowadzić milionowe składki za oszukanych pracowników. Istnieje możliwość, że wyrok doprowadzi do bankructwa firmy. Cały proces i wyrok dają też jednak nadzieję na pozytywne zmiany w branży transportowej.
źródło: wiadomosci.wp.pl
Autor: Bogumił Paszkiewicz











