Masz newsa? Powiedz nam o tym!

Lata 60. XX wieku charakteryzowały się wzrostem transportu międzynarodowego w Europie. Jeden z holenderskich kierowców wspominał tamten okres, gdy pracował jako student u ojca w firmie transportowej. Granice nie były wówczas tak łatwe do pokonania jak w ostatnich dekadach.

Holendrzy wkrótce po wojnie rozpoczęli przejazdy do Niemiec i Belgii, szybko zdobywając sławę specjalistów w drogowym transporcie międzynarodowym.

– Miałem książeczkę, w której wypisywałem godziny pracy. Byłem przy tym dosyć kreatywny, bo z limitem 12 godzin pracy tygodniowo, za kierownicą spędzałem nawet 18 godzin – relacjonował Holender.

– Nie wolno było mi wyjeżdżać za granicę, ale jak urzędnik przypadkowo zobaczył mnie na drodze z Niemiec, to odpowiedziałem mu, że jadę z pasa niczyjego (pas ziemi niczyjej o szerokości ok. 300 m – przyp. red.). – dodał.

Z opowieści Holendra wynika, że za granicę kierowcy jeździli ładowni tylko w jedną stronę.

– Do Niemiec jeździł też ojciec już w latach 30. z holenderskimi serami. Przekroczenie granicy trwało cały dzień i kosztowało dodatkowo pół kilograma sera dla funkcjonariusza służby granicznej. W latach 60. coraz częściej jeździliśmy do Włoch. Jazda tam i z powrotem trwała 3 tygodnie. Tylko w Aoście na granicy z Włochami stało się co najmniej dzień – wspominał kierowca. 

Mimo trudów, ruch na przejściach granicznych gęstniał. W 1955 roku przez niemieckie granice przejechało 2536 niemieckich ciężarówek i 1745 zagranicznych, zaś, w 1962 już 6908 i do tego 10 760 zagranicznych. Rósł także tranzyt przez Niemcy z 81 pojazdów w 1955 roku do 545 w 1962 roku.

Zobacz najciekawsze odcinki „Historii transportu”:

Komentarze

comments0 komentarzy
thumbnail
Aby ustawić powiadomienia o komentarzach - przejdź do swojego profilu