Masz newsa? Powiedz nam o tym!

Premier Beata Szydło rozmawiała w tym tygodniu w sprawie pracowników delegowanych z szefami rządów Słowacji i Hiszpanii. Czy to wystarczy, by powstrzymać zmiany, które w unijnej dyrektywie chcą przeforsować Francuzi, a które mogą sprawić nie lada kłopoty polskim kierowcom i przewoźnikom? Spytaliśmy polityków różnych partii, co robią w tej sprawie. Tymczasem prezydent Emannuel Macron pozyskał nowych sojuszników.

We wtorek francuski prezydent spotkał się z premierami Belgii i Luksemburga. Rozmawiali m.in.  O sprawie pracowników delegowanych. – Przyjmuję z zadowoleniem propozycje francuskiego prezydenta, aby wzmocnić dyrektywę o pracownikach delegowanych – mówił na wspólnej konferencji prasowej cytowany przez AFP Xavier Bettel, premier Luksemburga. – Musimy walczyć z oszustwami i dumpingiem socjalnym we wszystkich obszarach – dodał.

Francja, Luksemburg i Belgia chcą tworzyć „koalicję dobrej woli”, mającą łączyć tych, którzy „mają ambicje wobec kontynentu” – PAP cytuje komentarze z europejskich mediów. Liderzy trzech państw opowiadają się za budową Europy wielu prędkości, a prezydent Francji ze strony przywódców Luksemburga i Belgii zyskał pełną akceptację.

Wczoraj stanowisko Francji w sprawie wynagradzania pracowników delegowanych poparł minister spraw zagranicznych Niemiec Sigmar Gabriel – podaje PAP. – Europa musi stać się bardziej fair – oświadczył po spotkaniu z francuskim prezydentem w Paryżu. Przypomnijmy, że w ubiegłym tygodniu Macron rozmawiał z szefami rządów krajów naszego regionu. Czesi i Słowacy wyrazili ostrożne poparcie dla jego koncepcji.

Natomiast w poniedziałek, w rozmowie telefonicznej Beata Szydło i premier Słowacji Robert Fico, podkreślili aktualność wspólnego stanowiska Grupy Wyszehradzkiej. Z kolei w rozmowie z premierem Mariano Rajoyem, Szydło nawiązała do konsultacji międzyrządowych w Warszawie, w czerwcu tego roku i przypomniała wspólne elementy stanowiska obu krajów. Polska i Hiszpania nadal będą konsultowały swoje stanowiska, zarówno na poziomie roboczym, jak i premierów.

Głos ws. dyrektywy zabrał także minister infrastruktury i budownictwa Andrzej Adamczyk. Na antenie TVP Info minister stwierdził, że protekcjonistyczne działania Francji oraz Niemiec, które forsują projekt dyrektywy unijnej, tak naprawdę wyeliminują polskie przedsiębiorstwa z transportu międzynarodowego. – A to jest ponad 100 tysięcy miejsc pracy i ponad 12 mld złotych wpływów do budżetu – wyliczał Adamczyk. Dodał, że dyrektywa w kształcie proponowanym przez Francję wyeliminuje nie tylko polskie firmy. – Rozmawiałem ostatnio z ministrem transportu Hiszpanii. Ubolewa, że te rozwiązania, te projekty forsowane przez Francuzów także będą restrykcyjne wobec transportu hiszpańskiego w Europie – powiedział minister.

Pytany o to, jak rząd zamierza powstrzymać zmiany, odpowiedział, że prowadzi działania na różnym poziomie a zaangażowane są też inne ministerstwa. – Jesteśmy już od wielu miesięcy w bliskim kontakcie z ministrami transportu państw UE – mówił Adamczyk. Pierwsza debata europejska na temat dyrektywy odbędzie się w grudniu. Wcześniej spotkają się ministrowie transportu oraz potem ministrowie pracy państw UE.

Co robią polscy politycy?

Wszystkim partiom obecnym w Sejmie zadaliśmy pytanie, jak co zamierzają zrobić, by zapobiec wprowadzeniu w unijnych przepisach niekorzystnych dla polskich firm transportowych zmian. Odpowiedzi uzyskaliśmy od polityków PiS, PO, Kukiz’15 oraz SLD, które choć nie jest teraz obecne w Sejmie, ma swoich przedstawicieli w Parlamencie Europejskim. PSL i Nowoczesna nie zareagowały.

Od dawna staramy się przemawiać do rozsądku w kwestii przepisów o delegowaniu pracowników. I dowodzimy, że Polska wcale nie stosuje dumpingu socjalnego, jak zarzucają to nam niektóre kraje zachodnie. Rząd i większość parlamentarna zrobili dużo, żeby dyrektywa wyglądała inaczej. Skutkiem tego było utworzenie sojuszu 11 krajów, głównie z Europy Środkowo-Wschodniej, które są przeciwne zmianom – przekonuje Zbigniew Kuźmiuk, europoseł PiS.

Jego zdaniem to dziwne, że gdy tylko kraje z naszego regionu zyskały lekką przewagę np. w sektorze transportu, to od razu rzuca się im kłody pod nogi.

Tak jakby kraje zachodu zapomniały, że dzięki naszej obecności w Unii zyskały dostęp do nowych rynków i konsumentów. A działania Macrona są próbą odwrócenia uwagi od złej sytuacji wewnętrznej Francji. On zrobi złą przysługę samym Francuzom – prognozuje europoseł PiS.

Kuźmiuk dodaje, że we frakcji politycznej Europejskich Konserwatystów i Reforamtorów, do którego należą europosłowie PiS, nie ma deputowanych z Francji. – A koledzy z innych krajów są przekonani, że pomysły Macrona są pod prąd integracji – mówi.

Na pytanie, czy europosłowie PiS zamierzają jeszcze lobbować ws. zablokowania zmian w dyrektywie o delegowaniu stwierdził, że „jakieś kontakty mamy, ale raczej z eurosceptykami, a to posłowie PO należą do największej frakcji w europarlamencie (Europejskiej Partii Ludowej) i zapewniali, że będa przekonywać do polskiego stanowiska europosłów z innych krajów”.

Liczę na to, że nawet jeśli dyrektywa o delegowaniu zostanie zmieniona po myśli Macrona w Parlamencie Europejskim, to nie przejdzie potem w Radzie Europejskiej – mówi Kuźmiuk.

Interpelacja i mrówcza praca

Platforma Obywatelska złożyła w poniedziałek w Semie interpelacje skierowana do premier Szydło w sprawie nowelizacji dyrektywy o pracownikach delegowanych. Monika Wielichowska, posłanka PO, pyta w niej rząd o to, jakie działania podjął w tej sprawie i jakie są ich rezultaty. Posłanka chce też, by premier poinformowała o spotkaniach polskiego rządu na arenie UE w sprawie dyrektywy oraz by przedstawiła efekty ewentualnych ustaleń.

Adam Szejnfeld, europoseł PO i były wiceminister gospodarki, zwraca natomiast uwagę na fakt, że  w sprawie dyrektywy o delegowaniu pracowników, do których dąży nie tylko prezydent Francji, ale też wiele innych państw, praktycznie nie widać żadnej aktywności polskiego rządu, a także polskiego prezydenta.

Mimo, że kompetencje w takich sprawach ma przede wszystkim rząd, to jednak pan prezydent Andrzej Duda zapowiadał, że będzie rozmawiał o trudnych sprawach między Polską a Francją. Nic natomiast na ten temat nie wiemy – komentuje.

Zdaniem europosła, to jedna z najważniejszych obecnie spraw dla Polski, podobnie jak kwestia polskiego transportu międzynarodowego.

Powiedziałbym nawet, że kto wie, czy problem transportu nie jest gospodarczo ważniejszy, gdyż dotyczy branży, która słusznie określana jest „krwioobiegiem gospodarki”. Jeśli w dyrektywie o delegowaniu pracowników i w Pakiecie Mobilności przejdą niekorzystne dla Polski zapisy, to wielu polskich przedsiębiorców być może będzie musiało wycofać się z europejskiego rynku – twierdzi Szejnfeld. 

Były wiceminister gospodarki uważa, że to co dzieje się obecnie w Europie, jest bardzo groźne dla jednolitego rynku. Zaryzykowałby tezę, że działania Paryża są wynikiem wcześniejszego podejmowanie podobnych rozwiązań przez inne kraje, nie tylko z zachodu, ale i wschodu Europy. W jego ocenie sytuację pogarsza postawa polskiego rządu.

Skoro ciągle negujemy zasady funkcjonowania Unii, krytykujemy władze Wspólnoty i poszczególnych państw, szczególnie Francji i Niemiec, nie poczuwamy się do podejmowania działań w ramach europejskiej solidarności i ciągle mamy tylko roszczenia, to dlaczego mamy liczyć na zrozumienie innych? – pyta Szejnfeld.

Pytany o to, jak europosłowie Platformy zamierzają zapobiec wprowadzeniu niekorzystnych dla Polski regulacji, mówi, że cały czas negują je, starają się przekonać adwersarzy do polskiego stanowiska i przede wszystkim budują koalicję na rzecz swojego punktu widzenia. Zastrzega jednak, że zasadnicze zadanie mają do wykonania polskie władze, a nie posłowie.

Jeszcze przed wakacjami byliśmy dobrej myśli, gdyż udało się zbudować na naszą rzecz koalicję wielu państw. Mogliśmy liczyć na wsparcie nie tylko krajów Europy Wschodniej, ale także m.in. Szwecji, Danii, Hiszpanii, a nawet Niemiec. Niestety, przez minione dwa miesiące polski rząd doprowadził do kolejnych spięć z Paryżem, Berlinem i Brukselą i wszystko niemalże legło w gruzach. Musimy te kontakty, zbudowane już układy wsparcia dla naszego kraju, odnawiać – mówi.

Szejnfeld podkreśla, że europosłowie nie poddają się, i obrazowo mówiąc są jak mrówki. Gdy mrowisko jest niszczone, nie rezygnują, ale odbudowują je.

Niestety, nasze zadanie jest bardzo trudne. Po pierwsze nie widzimy wsparcia i podobnych działań ze strony polskiego rządu oraz europosłów PiS. Po drugie antyunijny kurs w Polsce nie osłabia się, lecz wzmacnia. To natomiast jest fundamentalną barierą do podejmowania negocjacji i poszukiwaniu kompromisów – mówi Adam Szejnfeld.

Szukają sojuszników i liczą na współpracę z rządem

Bogusław Liberadzki, europoseł SLD, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego i były minister transportu, wskazuje, że debata wokół dyrektywy o delegowaniu toczy się już od kilku lat. Przypomina, że to, co dotychczas udało się polskim europosłom, to zawieszenie jej obowiązywania. Tłumaczy też, że termin „posted workers” dotyczy sytuacji, gdy np. pracownik z Polski jest wysyłany przez firmę, która go zatrudnia, do pracy w Niemczech i tam mieszka. W przypadku kierowców sytuacja jest inna.

Polski kierowca ciężarówki, z polskiej firmy, zajmuje się przewozem polskich albo zagranicznych towarów. Nie mieszka w Niemczech, tylko przez nie przejeżdża, bo za tydzień może być np. w Czechach. Nie można więc go traktować jako „posted workera”. Tymczasem Komisja Europejska toleruje łamanie prawa przez poszczególne kraje. Dlatego sprawa obecnej dyrektywy trafiła do arbitrażu unijnych sądów – wyjaśnia Bogusław Liberadzki.

Europoseł punktuje pomysły wysuwane przez Francję ws. dyrektywy o delegowaniu. – Ta sama płaca, za tę samą pracę w tym samym miejscu, to chybiony pomysł. Przecież pensje Niemców i Francuzów też są zróżnicowane w zależności od firmy, nawet jeśli pracują na podobnych stanowiskach. A skoro Europa Zachodnia tak bardzo tego chce, to niech Niemcy i Francuzi przejeżdżający przez inne kraje, mają pensje takie jak np. Bułgarzy albo Rumuni – argumentuje Liberadzki.

Wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego dowodzi też, że dumping socjalny jest wymysłem. – Nawet jeśli pracownik z Polski jest niżej opłacany za pracę w Niemczech czy Francji, to liczy się to, jaka jest jego siła nabywcza w rodzinnym kraju. Przecież jego rodzina kupuje chleb, mleko i inne produkty w Polsce. Dlatego nawet jeżeli dostaje niższą stawkę od Niemca, to w Polsce te pieniądze mają inną siłę nabywczą – przekonuje.

Europoseł SLD uważa, że wszystkie propozycje sformułowane przez prezydenta Macrona i kraje zachodnie są przejawem walki o własne interesy. – To próba kwestionowania tego, że polskie firmy mogą być lepsze od francuskich i niemieckich. A to nieprawda – twierdzi Liberadzki. Według niego wszelkie oskarżenia rzucane pod adresem polskich firm, które „rzekomo” płacą mniej swoim kierowcom niż wynosi minimalna stawka w krajach starej UE są bezpodstawne.

Polscy kierowcy dostają te 8,60 – 9 euro, ale zapomina się, że wynagrodzenie w polskiej firmie składa się z trzech elementów: płacy zasadniczej, delegacji oraz składników ruchomych. Niemcy i Francuzi nie chcą przyjąć tego do wiadomości, ale zapominają, że np. niemiecki pracownik nie dostaje diet za delegację – tłumaczy.

Eurodeputowani z SLD będą nadal szukać sojuszników ws. dyrektywy o delegowaniu. – Będziemy walczyć tak długo, jak się da. Chcemy dobra naszego kraju. Dlatego oczekiwałbym, że rząd będzie nas informował o swoich poczynaniach w tej sprawie, czego na razie niestety nie robił. Ministrowie czasami przylatują na jakieś robocze spotkania, odfajkują wizytę. A szkoda, bo frakcja Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów (S&D), do której należymy w europarlamencie, jest druga pod względem wielkości. Mamy więc dostęp do blisko 190 europosłów z różnych krajów, z którymi warto rozmawiać – mówi Liberadzki.

Mogą doradzić, reszta to zadanie rządu

Posłowie Kukiz’15 nie zgodzą się na to, żeby 400-500 tys. polskich pracowników zostało zagrożonych przez plany Francuzów.

Co ciekawe spora część tej grupy to podwykonawcy francuskich firm. Wiele inwestycji francuskich jest realizowanych rękami polskich robotników, którzy są tańsi. I dzieje się to zgodnie z prawem. Nie wiem, czy Francuzi są świadomi tego, że jeśli pomysły Macrona przejdą, to zapłacą za wyższe pensje i diety Polaków – mówi Marek Jakubiak, poseł Kukiz’15. – Na naszych oczach Unia się sypie. Bo skoro w Polsce mogą być francuskie markety, to dlaczego nasi pracownicy nie mogą pracować we Francji? Być może UE widzi swoją przyszłość bez Polski? – zastanawia się Jakubiak.

Pytany o to, czy posłowie Kukiz’15 będą podejmować jakieś działania, by zablokować dążenia Francji do zmian w dyrektywie o delegowaniu, stwierdził, że swoją rolę Kukiz’15 widzi w doradzaniu. – W tej sprawie Polska ma rząd, który musi reprezentować interesy polskie i to jest rola dla MSZ i Ministerstwa Rozwoju. Dlatego na razie nie przewidujemy własnych działań, chyba, żeby doszło do radykalnej zmiany sytuacji. Na razie widać, że Unia wyraźnie odelciała – podsumowuje Jakubiak. Jego zdaniem rząd powinien twardo stać na swoim stanowisku i podkreślać, że nasi pracownicy pracują za granicą zgodnie z prawem.

Bezkompromisowe stanowisko nie pomoże Polsce

Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że kierowcy nie powinni być traktowani jako pracownicy delegowani. To byłoby złe i szkodliwe rozwiązanie – mówi Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan. – Dyrektywa o delegowaniu nie powinna dotyczyć transportu, ponieważ kierowcy to pracownicy szczególnie mobilni – argumentuje Mordasewicz.

Co doradziłby politykom? W rozmowach użyłby przede wszystkim trzech argumentów, by przekonać do polskich racji:

  1.  Z punktu widzenia ogólnych kosztów w gospodarce europejskiej, tani transport leży w interesie wszystkich – zarówno krajów zachodnich, jak i wschodnich. Jeśli koszty transportu są niższe, to Belgowie, Niemcy i Francuzi kupują taniej, a więc też na tym korzystają.
  2.  Nie powinno być tak, że w zależności od tego w jakim kierunku kierowcy jadą z transportem, ich praca będzie lepiej lub gorzej wynagradzana. Przykładowo centrum życia kierowcy jest w Polsce. Jeśli pojedzie w trasę do Hiszpanii przez Francję, to zarobi więcej, niż gdyby pojechał do Grecji albo Turcji, choć jego praca jest podobna, a trasa na wschód może być nawet trudniejsza, bo drogi są gorsze.
  3.  W Unii Europejskiej powinna obowiązywać zasada swobody przepływu – zarówno kapitału, jak i ludzi. Wiadomo, że kraje Zachodu mają większe zasoby kapitału, z kolei państwa wschodnie – więcej zasobów ludzkich. Wspólny rynek działa na zasadzie naczyń połączonych – tam gdzie jest czegoś mniej, następuje napływ. Zachód inwestuje w krajach Europy Środkowej i Wschodniej.  Z kolei niedobory siły roboczej na Zachodzie pokrywają pracownicy z naszego regionu.

Według Mordasewicza, polski rząd nawet jeśli doprowadzi jeszcze do jakichś negocjacji, będzie miał bardzo trudną pozycję wyjściową. – Podczas pertraktacji działa pewien mechanizm. Jeśli lubimy tego z kim negocjujemy, jesteśmy w stanie być dla niego pobłażliwi, nawet jeśli  uważamy, że coś robi źle. Gdy zaś nie lubimy tego z kim prowadzimy rozmowy, wtedy każdy negatywny element będziemy interpretować na jego niekorzyść – tłumaczy doradca Lewiatana. Podkreśla, że wypowiedzi polityków związanych z rządem, nieraz dość agresywne i obraźliwe, doprowadziły do napiętych stosunków z wieloma politykami europejskimi. A to położy się cieniem na ewentualnych negocjacjach. – Jeśli się wygłasza kategoryczne opinie, to potem rozpoczęcie rozmów jest bardzo trudne, a czasami wręcz niemożliwe – twierdzi.

Druga kwestia, to że siadając do rozmów trzeba mieć przygotowane jakieś propozycje kompromisowe. Obawiam się, że nasz rząd takich nie ma. Stanowisko, które do tej pory prezentował było bezkompromisowe. Należałoby więc zastanowić się, na czym nam najbardziej zależy w związku z dyrektywą o delegowaniu. Ocenić jakie będą skutki dla gospodarki i zdecydować, w czym jesteśmy gotowi na ustępstwa – mówi Mordasewicz.

W innym przypadku musimy się liczyć z tym, że będą się nasilały działania protekcjonistyczne.

Komentarze

comments0 komentarzy
thumbnail
Aby ustawić powiadomienia o komentarzach - przejdź do swojego profilu