Masz newsa? Powiedz nam o tym!

Wykonywanie przewozów międzynarodowych było warunkowane otrzymaniem limitowanego zezwolenia, o które przewoźnicy musieli ubiegać się na wiele tygodni przed jazdą. W przypadku przewozu całosamochodowego sprawa się na tym kończyła. Gorzej wyglądała drobnica – jej przewóz nastręczał sporo przewoźnikom wiele problemów.

Natomiast prawdziwym wyzwaniem pozostawała drobnica. Ładunki częściowe można było przewozić jedynie pod warunkiem, że były clone w tym samym miejscu. W przeciwnym wypadku trzeba było samochód powtórnie plombować, co było skomplikowane i czasochłonne. 

Kłopotliwy był także brak harmonizacji podstawowych parametrów samochodów. Maksymalne naciski na oś wynosiły 13 ton we Francji i Belgii, 8 we Włoszech i Niemczech, 10 w Szwajcarii. O różnych naciskach na osie trzeba było pamiętać, ale łatwo było je spełnić – wystarczyło załadować odpowiedni tonaż. 

W przypadku przekroczenia długości lub innego wymiaru, konieczna była papierkowa robota. Np. jadąc do Hiszpanii ciężarówką z przyczepą, jeżeli długość zestawu przekraczała 14 m należało otrzymać tzw. „żółte zezwolenie”. Cała procedura zajmowała zazwyczaj 2 miesiące (drogą pocztową) i nie zwalniała z obowiązku uzyskania zwykłego zezwolenia.

Zobacz najciekawsze odcinki „Historii transportu”:

Komentarze

comments0 komentarzy
thumbnail
Aby ustawić powiadomienia o komentarzach - przejdź do swojego profilu