Masz newsa? Powiedz nam o tym!

“Nadszedł dzień, że po prawie ośmiu latach jazdy mogę nazywać się “jeźdźcem apokalipsy”. Jeżdżę tu i tam, żeby niektórzy mieli co do gara włożyć w tym trudnym czasie. Trzymajcie kciuki. Może ktoś w końcu doceni to, co robimy na co dzień” – napisał kierowca na Twitterze. Po 12 godzinach zebrał 1,5 tys. reakcji. Wpis podała dalej m.in. Marszałek Sejmu Elżbieta Witek.

“Jeździec apokalipsy” naprawdę nazywa się Krystian Przestrzelski. Młody człowiek, w sierpniu ma się żenić (jeśli się uda, bo już kilka dni temu w urzędzie stanu cywilnego usłyszał, że nie wiadomo, czy w wakacje będą jakieś śluby). Właśnie jedzie z Łodzi do Danii z ładunkiem mrożonych kurczaków.

Nie spodziewał się, że wpis stanie się tak popularny. Żaden z niego influencer, na Twittera wchodzi głównie po to, by poczytać wiadomości. Po prostu chciał spisać coś, co chodziło mu po głowie od początku zamykania granic, magazynów i toalet przy zakładach.

Przepraszamy! Nie tylko toaleta zamknięta

Transport to krwioobieg globalnej gospodarki. Jak my staniemy, to wszystko stanie – tłumaczy Krystian Przestrzelski.

 

Tylko ten krwioobieg, a ściślej – kierowcy, którzy go zapewniają, nie mają łatwo.

“W firmie której zrzucam odmówiono skorzystania z prysznica a w trakcie weekendu załatwiać chodziłem się do pobliskiego marketu budowlanego. Gdy wczoraj posiedziałem na ławeczce przed nim chwilę dłużej, chcąc skorzystać z jego darmowego wi-fi, zwrócono mi uwagę że nie wolno sobie tak siedzieć… “ – napisał na naszym Facebooku kierowca (pisownia oryginalna).

“Ha wdzięczność nawet z toalet korzystać nie można ani na stacjach ani na firmach jadąc w drogę na cały tydzień gdzie ja mam załatwiać potrzeby fizjologiczne średniowiecze” – dodał kolejny. I wrzucił zdjęcie. Kartka przyklejona na drzwiach przekazuje krótki, a prosty komunikat.

“Przepraszamy! Toalety są nieczynne. Prosimy o korzystanie ze środków dezynfekcyjnych dostępnych przy kasie”.

-
+

fot.  od czytelników Trans.INFO, screen z Facebooka

 

Bywa, że nie można korzystać z pryszniców w magazynach. Z restauracji. A już najlepiej – należy siedzieć w szoferce i się nie ruszać.

Krystian Przestrzelski nawet się na to nie zżyma, bo w gruncie rzeczy siedzenie w szoferce ma sens, bo zapewnia bezpieczeństwo i jemu. Oczywiście ma sens w granicach rozsądku. Pod Mszczonowem go zdenerwowali. Od 22:30 czekał na rozładunek i tylko słyszał komunikaty: siedź w wozie, czekaj na telefon. Podjedź. Zaraz ktoś przyjdzie po plombę, ale nie wychodź!

Wszystko skończyło się o 6:30.

No poszedłbym tam do biura, zrobił aferę, ale jeszcze większa by była z tego powodu, że wyszedłem z auta. A ja chcę tylko wiedzieć – nie dało się szybciej tego załatwić? Człowiek ma dalsze plany pracowe – tłumaczy.

-
+

fot.  od czytelników Trans.INFO, screen z Facebooka

Jedna chusteczka na całą szoferkę

Szmat czekania i przed Marianem Mrożkiem (dane bohatera na jego prośbę zmienione). Od wczoraj czeka na zlecenie pod Manchesterem. Podejrzewa, że spedytorzy walczą o zamówienia. Jeździ dla dużej firmy, specjalizującej się w “przewozie samochodówki”, przez koronawirusa może być problem z towarem.

Wczoraj trzech chłopaków odjechało z parkingu po dwóch dniach. Widać, trzeba swoje odczekać. I tak dotąd miał szczęście. Jechał przez całą Europę kilka dni temu, a za nim jedna po drugiej – zamykano granice. Widział grupy policjantów, ustawiających się przy przejściach z Niemcami. Jeszcze puszczali. Widział, jak w Holandii przy wielkim parkingu, w restauracji, trwała zabawa. Jechał dalej i tylko oczy przecierał.

W porcie we Francji byłem zdziwiony, że brak utrudnień. Nikt tam nie był w maseczkach, kobieta, która sprawdzała bilety, też bez żadnych środków ochronnych. Wszyscy tradycyjnie poszli na górę, siedzieli w jednym wielkim skupisku. Owinąłem bandanę na twarz, żeby się jakoś zabezpieczyć. Szczerze? Trochę się bałem. Nie było komfortowo tam siedzieć. Powinien być nakaz, by każdy kierowca siedział w kabinie ciężarówki, przecież też mamy rodziny, które moglibyśmy zarazić – skarży się.

Tym bardziej, że już i tak jest trudno, bo żeby zabezpieczyć się przed chorobą w drodze trzeba się nagimnastykować. I to bynajmniej nie z winy kierowców.

Jak ruszałem w trasę musiałem pokwitować w pracy odbiór maseczek. Dużo ich nie było – sztuka na każdego kierowcę. Paranoja, ale pracodawca jest kryty. Nie dostaliśmy żadnych płynów dezynfekcyjnych, rękawiczek. Każdy się zabezpiecza sam, we własnym zakresie – wspomina Mrożek.

On przed wyjazdem miał tylko tyle czasu, by kupić pół litra wódki. Nie pije od lat, chciał przynajmniej mieć czym dezynfekować ręce.

Oniemiał na rozładunku w Wielkiej Brytanii.

Na bramie dali mi ulotkę z instrukcją postępowania. Ulotka nakazywała mi wytrzeć całą kabinę chusteczką antybakteryjną sztuk 1. Aż zapytałem czy w środku czy na zewnątrz” – napisał nam.

Potem było jeszcze gorzej – poszedł do toalety (o dziwo otwartej dla kierowców), ale za wiele się nie odświeżył, bo nie było tam żadnych środków dezynfekcyjnych, a woda w kranie – tylko zimna. Zgłosił na bramie wjazdowej, tylko wzruszyli ramionami.

Nie po raz pierwszy i nie ostatni musiał się przeprosić z wódką i polać nią ręce.

Nie wpuszczą go do syna

Czuć niepewność wśród ludzi. Podczas ostatniego rozładunku Krystian Przestrzelski pierwsze co usłyszał to nie “dzień dobry”, ale “dawaj pan czoło do mierzenia temperatury”. No to daje, bo czuje, że to ma sens. Dba też sam o siebie, na ile może. Witamina C, stałe mycie rąk i zasłanianie firanki na parkingu – żadnego wychodzenia do ludzi.

Podobnie ostrożny jest Marian. Kiedy ostatnio na parkingu inny kierowca chciał wymienić uścisk dłoni, to podziękował. Tamten się trochę obraził, ale nic nie szło poradzić. Sympatyczny gość, ale nierozsądny, bardzo blisko podchodził do każdego, z kim rozmawiał. Inny parkingowy znajomy przybrał skrajnie odmienną strategię. Rozmawiał tylko przez zamknięte okno. Stwierdził, że płuca ma jedne, i nie po to nakupował kosmetyków, by się teraz narażać.

Tym bardziej, że trzeba pamiętać nie tylko o sobie. O wszystkich, których się mija, ale i o rodzinie, do której wraca. A ta się zamartwia.

Obecna partnerka pracuje w służbie zdrowia. Mocno zaniepokojona, bo wie, jak tam sytuacja wygląda, czego brakuje. Nie była zadowolona, że wyjeżdżam. Mówiła, że nie powinienem ruszać w tę trasę. To jej odpowiedziałem – to też nie idź do pracy – wspomina Marian.

Musiał teraz jechać, by szybciej wrócić – akurat na rozprawę. Była żona chce podnieść alimenty na syna. Już teraz powiedziała, że jak Marian wróci, to go do dzieciaka nie wpuści. Jednak to akurat go nie dziwi. To akurat, mówi, jest rozsądne.

Czas na zmiany? Po wszystkim

Krystiana rodzina nie prosiła, by nie jechał. Przynajmniej nie robiła tego zdecydowanie.

Wiedzą, że nie mogę zrobić przerwy w pracy. Jestem małym przewoźnikiem – kierowcą, mam zobowiązania do spłaty. Nie ma kilometrów, nie ma pieniędzy. I tak szczęście, że leasing na auto już zszedł ze mnie chwilę temu. Ale są inne zobowiązania, które nie mogą czekać – tłumaczy.

W takiej sytuacji, jak on, jest masa kierowców. Ci, którzy nie pracują na umowie o pracę – przy braku przejechanych kilometrów mogą nie zobaczyć żadnych pieniędzy. Ci na umowie, którym przydarzy się np. kwarantanna, dostaną świadczenia zdrowotne, ale marne, bo przecież liczone są od podstawy, która jest niewielka.

Krystian jest tym wszystkim powoli trochę zmęczony: problemami z pieniędzmi, walką z ubezpieczalnią, którą musiał toczyć, gdy samochód z ładunkiem wylądował w rowie. Walką o ładunki. Dlatego zamierza sprzedać ciężarówkę i odpocząć od transportu. Zająć się czymś innym, ale jeszcze nie teraz. Jak mówi – po wszystkim.

Noszenie na rękach czy wytykanie palcami?

Nie chcę grać jakiegoś wielkiego bohatera, bo to nie o to chodzi. Po prostu, jak lekarze wykonują dziś swoją pracę, tak i my wykonujemy. I po prostu fajnie, że ludzie w końcu zaczynają zauważać, na czym ona polega. Dotąd nie byli świadomi. Dla nich prąd jest po prostu w gniazdku, a mleko po prostu w sklepie. Nie zdają sobie sprawy z tego, że za tym stoi cały długi łańcuch producentów i dostawców, przez których te wszystkie towary musiały do nich przejść – tłumaczy Krystian.

– Teraz koledzy inżynierowie, którzy siedzą w pracy, pytają mnie, gdzie robiłem prawo jazdy. Mówią, że może się przekwalifikują, bo w transporcie zawsze jest praca – wtóruje mu Marian. – Tylko rozmawiałem ze znajomym kierowcą i doszliśmy do wniosku, że teraz to nam wszyscy dziękują, a gdy tylko kilku wróci z trasy chorych, to nas zaczną wytykać palcami. Że chorobę przewlekamy. Tych reakcji społecznych trochę się boję, one potrafią być bardzo zmienne.

“Często widać wpisy, że jesteśmy ważni. Dla zwykłych ludzi to my jesteśmy zagrożeniem, że jeździmy po Europie (…) ja wchodząc ostatnio u nas do lokalnego sklepu nie musiałam mówić bondziorno, jak niektórzy dziś jeszcze żartują, tylko jedna osoba spytała czy jeździmy, to w sklepie zrobiła się cisza i odstęp ode mnie” – pisze nam czytelniczka.

“To może dobry moment na to by skończyć z hejtem wobec nas kierowców . Nie żeby ktokolwiek nas wielbił ale może choć kilka osób spojrzałaby przez to trochę inaczej … Jak narazie jestem postrachem bo jeżdżę po Europie…” – wtóruje jej kolejny.

Ale o tych reakcjach Marian na razie za dużo nie myśli.

Uważam, że każdy powinien robić, co do niego należy w danej sytuacji, bo jak to mówią – można siedzieć w domu, przewrócić się i umrzeć – dodaje. – W pewnym sensie to jestem nawet zachwycony, że wożę ten towar. Jestem z pokolenia ‘74, w harcerstwie wychowywany. Wiem przynajmniej, że robię coś pożytecznego w tej sytuacji, a nie siedzę w domu przed internetem lub gadam głupoty.

fot. Straż Graniczna/Twitter 

Komentarze

comments0 komentarzy
thumbnail
Aby ustawić powiadomienia o komentarzach - przejdź do swojego profilu