W branży TSL coraz częściej używa się określenia „paliwowa karuzela” – nie jako metafory, ale opisu realnych zmian, w których rynek jednego dnia daje sygnały stabilizacji, a następnego generuje nowe wzrosty kosztów. Przewoźnicy podkreślają, że kluczowym problemem nie jest już sam poziom cen, ale ich zmienność i brak przewidywalności.
Koszty transportu reagują na globalne napięcia
Eksperci rynku wskazują, że europejska logistyka pozostaje silnie uzależniona od sytuacji geopolitycznej, szczególnie na Bliskim Wschodzie. Tamtejsze napięcia przekładają się bezpośrednio na ceny ropy, a w konsekwencji na koszty paliwa i frachtów.
Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie, podkreśla, że obecna sytuacja nie daje podstaw do mówienia o trwałej stabilizacji.
Sytuacja przewoźników drogowych jest bardzo trudna to nie budzi żadnych wątpliwości. Stabilizacja na międzynarodowych rynkach jest dość pozorna” – zaznacza.
W jej ocenie obecne wyhamowanie nie wynika z realnej poprawy sytuacji rynkowej, lecz z mechanizmów osłonowych.
Spokój społeczny jest poniekąd efektem tarcz rządowych, a nie tego, że sytuacja światowa się uspokoiła” – dodaje.
Fracht i paliwo rosną szybciej niż możliwość ich kompensacji
Największe napięcia widoczne są w kosztach transportu międzynarodowego, gdzie wzrosty stawek frachtowych i paliwa pojawiają się równolegle. To powoduje efekt kumulacji kosztów, szczególnie w długich łańcuchach dostaw.
Przemysław Hołowacz, dyrektor ds. rozwoju biznesu Grupy CSL, zwraca uwagę na bezpośredni wpływ sytuacji geopolitycznej na logistykę globalną.
Napięcia na Bliskim Wschodzie mają kluczowe znaczenie dla globalnych cen transportu, prowadząc do gwałtownych wzrostów stawek frachtowych oraz kosztów paliw. To wszystko bezpośrednio uderza w łańcuchy dostaw i gospodarkę europejską” – wskazuje.
W praktyce oznacza to konieczność szukania alternatywnych tras i modeli transportowych, co z kolei wydłuża czas dostaw i podnosi koszty operacyjne.
Branża TSL między wzrostami cen a presją płynności
Z perspektywy przewoźników największym wyzwaniem nie są już same podwyżki, ale tempo ich występowania oraz opóźnienia w dostosowaniu stawek rynkowych.
Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych, wskazuje, że rynek dopiero z opóźnieniem „przetrawił” skok kosztów.
Początkowo szacowaliśmy, że ceny usług transportowych dla pokrycia kosztów rosnących cen paliw powinny wzrosnąć o około 20 proc. i takie poziomy wzrostów udało się już przewoźnikom osiągnąć, a nawet przekroczyć. Jednak pamiętajmy, że zajęło to ponad dwa miesiące” – mówi.
W tym okresie przedsiębiorstwa funkcjonowały przy znacznie wyższych kosztach paliwa.
W tym czasie trzeba było sfinansować dochodzące do 50 proc. wzrosty cen i utrzymać płynność finansową przedsiębiorstw” – zauważa.
Według prezesa ZSPD część firm nie była w stanie utrzymać się na rynku i ograniczyła działalność lub całkowicie ją zawiesiła.
Potwierdziły się więc nasze obawy zarówno o upadłościach i redukcjach, ale także o konieczności podwyższenia cen na usługi transportowe” – dodaje Matulewicz.
Rynek bez buforów kosztowych
Przewoźnicy zwracają uwagę, że w warunkach tak silnej zmienności zabrakło narzędzi stabilizujących.
Przypomnę, że branża transportowa, wiedząc, że tak wysokie wzrosty cen paliwa są tylko chwilowe, postulowała o wprowadzenie czasowych dopłat do cen paliwa dla przewoźników zawodowych co pozwoliłoby przetrwać większości firm transportowych. Co prawda krótkookresowo byłoby to rozwiązanie mniej spektakularne społecznie jednak zniwelowałoby by znaczący czynnik inflacyjny jakim są koszty transportu – wskazuje Dariusz Matulewicz.
Brak takich rozwiązań sprawił, że rynek musiał sam absorbować nagłe wzrosty kosztów, co przełożyło się na wzrost stawek transportowych, ale też na redukcję części floty w mniejszych firmach.









