Masz newsa? Powiedz nam o tym!

Związki pracodawców, między innymi Konfederacja Lewiatan, Transport Logistyka Polska i Pracodawcy RP, apelują do rządu o utrzymanie górnego limitu podstawy składek na ubezpieczenie społeczne. Jeśli limit zostanie zniesiony, firmy będą musiały zapłacić państwu w przyszłym roku nawet 5,5 mld złotych netto więcej.

Obecnie sytuacja wygląda w ten sposób, że roczna podstawa wymiaru składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe nie może być wyższa niż 30-krotność prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego w danym roku – instruuje ZUS. W ubiegłym roku chodziło o 127,89 tys. zł.

Jeśli ten limit jest przekroczony, bo pracownik zarabia wyjątkowo dużo, wówczas pracodawca nie odprowadza za niego składek.

Rząd wprowadził jednak przepisy, które znoszą górny limit. Wszystko wskazuje na to, że nowe regulacje wejdą w życie już w przyszłym roku.

Sprawa w Trybunale Konstytucyjnym

Ostro sprzeciwiają się temu organizacje pracodawców, również te zrzeszające przewoźników. W apelu przekazanym premierowi Mateuszowi Morawieckiemu oraz minister Elżbiecie Rafalskiej, domagają się utrzymania limitu „przynajmniej do 2020 r. i podjęcia rzeczowych rozmów z partnerami społecznymi”.

Zwracają również uwagę na fakt, że nie udało się w tej sprawie osiągnąć porozumienia ze stroną rządową na forum Rady Dialogu Społecznego.

Jakiś czas temu prezydent Andrzej Duda skierował sprawę do Trybunału Konstytucyjnego ze względu na to, że wspomniana ustawa została przyjęta „w warunkach bałaganu legislacyjnego”. Jak dotąd decyzji Trybunału nie ma.

Miliardy złotych na dodatkowe wydatki

A pracodawcy się niepokoją. Z szacunków organizacji biznesowych wynika bowiem, że sprawa może dotyczyć nawet blisko 350 tys. pracowników zarabiających powyżej 10 tys. zł miesięcznie.

– Zniesienie limitu oznacza, że pracodawcy będą musieli w sumie zapłacić państwu nawet blisko 5,5 mld zł netto więcej, niż obecnie. I to już w przyszłym roku – wylicza Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan i członek Rady Dialogu Społecznego. – W przypadku różnych firm, w zależności od liczby pracowników, to oznacza dodatkowe koszty wynoszące od kilkuset tysięcy do nawet kilkudziesięciu milionów złotych. Jak mają to zrobić? Przecież fundusz płac przedsiębiorstw nie jest z gumy – podkreśla.

Ekspert ostrzega, że w konsekwencji firmy będą musiały albo obniżyć koszty pracy tych najdroższych pracowników (co może skutkować ich ucieczką do innych przedsiębiorstw, albo nawet za granicę), albo wziąć ten dodatkowy ciężar na siebie.

– Pytanie, czy będą miały na to fundusze i czy zgodzą się na to akcjonariusze – zauważa Mordasewicz. – I jeszcze jedno. Wyższe wydatki to brak podwyżek. A taka informacja fatalnie wpływa na morale pracowników. Spada ich motywacja, również zaczynają myśleć o zmianie pracy.

Oni oberwą rykoszetem

Niektórzy zauważają, że, paradoksalnie, rozwiązanie uderzy nie tylko w tych najbogatszych.

– Rykoszetem dostaną ci, którzy zarabiają gorzej, ponieważ to tam pracodawcy będą szukać oszczędności. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś ryzykował utratę dobrze wykształconego informatyka. Niestety pewnie będzie wolał zaoszczędzić na kierowcy, czy na innych świadczeniach społecznych dla tych mniej zarabiających, niż stracić dobrego pracownika – zauważa Mariusz Pawlak, główny ekonomista Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, cytowany przez polskieradio.pl.

To nie wszystko. Zdaniem Jeremiego Mordasewicza, w wielu przypadkach pracodawcy będą zmieniać formę zatrudnienia pracowników – z umowy o pracę na działalność gospodarczą.

Co więcej, ostatecznie rozwiązanie może nawet uderzyć… w państwo.

– Wydaje się, że politycy zapomnieli, że osoby, które zarabiają najwięcej, również statystycznie żyją dłużej. A skoro tak, to pieniądze za nich wpłacane, państwo będzie potem musiało oddać pod postacią emerytury. I to wyjątkowo wysokiej – zauważa.

Dodaje przy tym, że pośrednio zyskać mogą małżonkowie, ponieważ ci o niższej emeryturze po śmierci partnera mogą zrezygnować z własnej i zdecydować się na przejęcie tej wyższej.

– Nie dostaną 100 proc., tylko około 75 proc., ale to i tak będzie dla nich korzyść – dodaje ekspert. – Rząd tego nie uwzględnił. Mówiłem o tym na Radzie Dialogu Społecznego, ale usłyszałem tylko przyznanie, że politycy nie brali tego pod uwagę. Tyle – relacjonuje Mordasewicz.

„Rząd nie traktuje nas poważnie”

To dalekosiężne skutki. Pracodawców jednak najbardziej obchodzi najbliższa przyszłość. A ta maluje się w czarnych barwach.

– W przyszłym roku na nasze głowy spadnie masa dodatkowych kosztów. Podwyżki dla pracowników, bo jakoś musimy walczyć z ich małą podażą, do tego program Pracownicze Plany Kapitałowe, plus ta ustawa – wymienia Mordasewicz. – W efekcie wzrost kosztów prowadzenia działalności może być nawet ponad dwa razy wyższy niż wzrost produktywności w przyszłym roku.

Problem polega również na tym, że po wakacjach firmy kończą planowanie budżetów na nadchodzący rok. Tymczasem nie mogą, bo nie wiedzą, jakie ostatecznie koszty muszą brać pod uwagę.

– Nadal nie wiemy, czy Trybunał zakwestionuje zniesienie limitu, czy nie. To się przekłada na niepewność, a ta na niechęć do nowych inwestycji – tłumaczy ekspert. – Rząd mówi, że jest zaniepokojony słabymi nastrojami wśród inwestorów, a tymczasem robi wszystko, by były jeszcze gorsze. Nie traktuje nas poważnie – podsumowuje.

Fot.Flickr/PIVISO/public domain

Komentarze

comments0 komentarzy
thumbnail
Aby ustawić powiadomienia o komentarzach - przejdź do swojego profilu