Masz newsa? Powiedz nam o tym!

Do Pakietu Mobilności, który miał być wczoraj głosowany w Parlamencie Europejskim złożono ponad tysiąc poprawek. Niektórzy mówią o 1224, inni nawet o 1600. W związku z tym przewodniczący PE Antonio Tajani podjął decyzję, by odesłać dokument do Komisji Transportu. Po to, by „wykonała ona konieczną pracę i w efekcie pozwoliła Izbie na głosowanie skuteczne, jasne i świadome”. W praktyce oznacza to jednak tylko odroczenie głosowania o kilkanaście dni. Tajani wyznaczył bowiem wyraźnie termin, kiedy Pakiet Mobilności znów ma się pojawić na sesji plenarnej.

Przedwczoraj do końca byliśmy przekonani, że służby plenarne przygotują jednak listę do głosowania nad Pakietem Mobilności. A dokładniej – nad masą poprawek, jakie wpłynęły. W pewnym momencie jednak wszystkie trzy sprawozdania zniknęły z harmonogramu prac. Później dowiedzieliśmy się, jaką decyzję podjął przewodniczący Tajani – relacjonuje w rozmowie z Trans.INFO europoseł Kosma Złotowski.

Decyzję, która spotkała się z ogromnym zadowoleniem polskich przedstawicieli w Unii.

Wielka radość – mówiła nam na gorąco europoseł Elżbieta Łukacijewska. – Jeszcze we wtorek do późna toczyły się burzliwe dyskusje w grupach politycznych, co dalej. Prawda jest jednak taka, że głosowanie Pakietu w formie, w jakiej było zaproponowane, urągało powadze Parlamentu – podkreśla.

Decydujących kilka dni

Problemem, zdaniem Antonio Tajaniego, była wyjątkowo duża liczba poprawek. Dlatego zdecydował, że Komisja Transportu ma przeprowadzić ich „przesiew”. Przewodniczący PE wyraźnie zaznaczył, że prace muszą zostać przeprowadzone w ciągu najbliższych dni – w przyszłym tygodniu. Tak, aby Pakiet Mobilności pojawił się jeszcze na kwietniowej sesji plenarnej.

Komisja ma spróbować ograniczyć liczbę poprawek. Jeśli się nie uda, zagłosujemy nad wszystkimi. Prawda jest taka, że jeśli będziemy mieć 3 tys. poprawek, to nie będziemy wiedzieli, nad czym głosujemy. To nie jest sposób prowadzenia prac na sesji plenarnej – tłumaczył swoją decyzję Tajani.

I dodał, że podejmuje próbę takiego zakończenia trudnej sytuacji, by ostatecznie głosowanie „było rozsądne”.

Jestem przekonany, że pani Delli (chodzi o przewodniczącą Komisji Transportu – przyp.red.) będzie w stanie wykonać to zadanie – stwierdził.

Podkreślił jednak, że “nawet jeśli po pracach Komisji okaże się, że do Parlamentu przesłanych zostanie i 6 tys. poprawek, wówczas tyle będzie głosowanych”.

Ogromna liczba poprawek – nie bez powodu

Na co dokładnie liczy Antonio Tajani? Trudno orzec.

Pytanie, co dokładnie oznacza to „przesianie” poprawek. Trzeba będzie to sprawdzić. Jest bowiem możliwe, że nie chodzi o ich odrzucanie w Komisji, ale po prostu o sprawdzenie, czy mają faktyczne poparcie posłów, czyli przynajmniej 1/3 Komisji – spekuluje Kosma Złotowski.

I dodaje: Myślę, że spokojnie powinniśmy utrzymać tę liczbę poprawek, którą złożyliśmy w ostatnim czasie, więc sytuacja niewiele się zmieni.

Nie da się ukryć, że polskim reprezentantom zależy na utrzymaniu możliwie wielu poprawek, w końcu to oni byli autorami większości. Nie bez powodu. Po pierwsze, liczą na to, że dzięki temu zmodyfikowane zostaną przepisy szkodliwe, według nich, dla branży. Po drugie zaś – to element strategii.

Przyznam, że biorąc pod uwagę, że strategia składania wielu szczegółowych poprawek, sprawdziła się, być może spróbujemy tę liczbę podwoić, a przynajmniej dobić do 2 tys. Nie twierdzę, że na pewno tak zrobimy, trzeba to rozważyć. Zobaczymy – zdradził nam wczoraj Złotowski.

Chcą “nowego rozdania”

Według europosła, głosowanie nie powinno już dojść do skutku w kwietniu, ale należałoby je przenieść na następną kadencję Parlamentu Europejskiego.

Przede wszystkim to, co się dzieje w Parlamencie pokazuje, że nie ma mowy o kompromisach. W związku z tym prace powinny zostać podjęte po wyborach. Będzie nowe rozdanie, punkty widzenia się zmienią, ba, nawet sprawozdawcy się zmienią, bo przecież niektórzy z nich mogą nie wejść do Parlamentu. Z tego co wiem, Wim van de Camp (jeden ze sprawozdawców z Komisji Transportu – przyp. red.) na przykład w ogóle nie chce startować w wyborach – zauważa Złotowski.

Ponadto nie da się ukryć, że jeśli Pakiet Mobilności zostanie wpisany w harmonogram prac najbliższej, kwietniowej sesji plenarnej, zgodnie z prawem wszyscy eurodeputowani… znów będą mogli składać do niego poprawki. A to w praktyce może oznaczać wzmożoną aktywność po obu stronach barykady.

Obawy branży transportowej

Branża tymczasem bacznie obserwuje, co robią europosłowie. Maciej Wroński, prezes związku Transport Logistyka Polska przyznaje, że cieszy się z wygranej wczoraj potyczki, bo kształt zapisów, szczególnie dotyczących dostępu do zawodu przewoźnika drogowego, jest „skrajnie niekorzystny”. Tym niemniej zdaje sobie sprawę z tego, że presja polityczna, szczególnie ze strony Francji, jest ogromna.

Najbardziej obawiam się proponowanego dziś w Pakiecie Mobilności przepisu, który wymaga, by zatrudnienie, a nawet rekrutowanie pracowników, organizowane było zgodnie z prawem państwa, w którym zazwyczaj dane przedsiębiorstwo świadczy usługi. Takim naturalnym terenem dla większości polskich przewoźników są Niemcy. Niestety, nie widzę możliwości, by małe albo średnie firmy zatrudniały według niemieckiego prawa. Chodzi przede wszystkim o dużo wyższe koszty. W praktyce więc oznaczać to będzie koniec tych przedsiębiorstw – tłumaczy.

To jednak nie jedyny z przepisów, który może negatywnie wpłynąć na branżę.

Druga kwestia. Wśród propozycji znajduje się również przepis z którego wynika, że siedziba przedsiębiorstwa ma się znajdować w tym kraju, na terenie którego lub z którego wykonywane są zazwyczaj przewozy. A więc, jeśli siedziba znajduje się w Polsce, będzie można wykonywać głównie przewozy z lub do Polski. A cross trade, kabotaż, stanowić mają dużo mniejszą, marginalną, część działalności. To bardzo zły pomysł – zauważa Wroński.

– Jest wiele polskich firm, małych i średnich, które obsługują np. niemieckiego kontrahenta, na terenie całej Europy. Zgodnie ze wspomnianymi przepisami, de facto zmusza się je do tego, by stały się firmami niemieckimi. Pytanie znów, czy będą w stanie się przenieść. Mniejsze – niekoniecznie. Większe dadzą radę, ale to będzie oznaczało ogromne straty dla polskiej gospodarki, bo transport dziś jest naszą domeną. Gdy firmy przeniosą się za granicę, to już nie w Polsce będą płaciły podatki lub składki na ubezpieczenie społeczne – dodaje.

Komentarz redakcji

To, co się dzieje w Parlamencie Europejskim pokazuje, że porozumienia nie da się już właściwie wypracować. Podział między krajami optującymi za protekcjonistycznymi zapisami i tymi, które chcą zachowania unijnych filarów wspólnego rynku, jest bardzo ostry. Wygląda więc na to, że osiągnięcie porozumienia satysfakcjonującego wszystkich jest nierealne w obecnym układzie sił. W tle tego starcia są jeszcze interesy poszczególnych krajów, a nie branży, której europosłowie tak bardzo chcieli ulżyć. Przynajmniej tak deklarowali, ale coraz wyraźniej widać, że w przypadku wielu z nich będą to obietnice bez pokrycia, bo pierwszeństwo mają interesy narodowe ubrane w szaty troski o sytuację socjalną kierowców.

Fot. Parlament Europejski

Komentarze

comments0 komentarzy
thumbnail
Aby ustawić powiadomienia o komentarzach - przejdź do swojego profilu