Masz newsa? Powiedz nam o tym!

Wspólny rynek miał pomóc w wyrównaniu poziomu życia na bogatym zachodzie i biednym wschodzie Europy. Ten proces wymaga jednak nie tylko sprawnych posunięć ekonomicznych. Równie często potrzebna jest skuteczna dyplomacja. Dzięki niej gospodarczo wygrać można nawet na pozornej porażce. Tej sztuki wciąż musimy się jednak uczyć.

Zasypywanie gospodarczej przepaści między tak zwaną „nową” i „starą” Unią to hasło, które od lat odmieniamy przez wszystkie przypadki. Dawny blok wschodni, najbardziej doświadczony przez historyczną i polityczną zawieruchę, ma do nadrobienia wiele lat, a często i wieków ekonomicznych zaległości.

Jest się z kim ścigać. Dawne imperia i potęgi kolonialne, jak Wielka Brytania, Francja, Hiszpania, Holandia i Niemcy, na swoją gospodarczą pozycję pracowały przez wiele pokoleń, nie zawsze tylko swoimi rękami. Za to z reguły w wolnorynkowych warunkach. Kraje, których historię liczy się bardziej latami, niż wiekami, które na domiar złego po II wojnie światowej znalazły się w orbicie gospodarki socjalistycznej, ten „lepszy świat” dopiero gonią.

Wspólny, europejski rynek miał ten pościg ułatwić i przyspieszyć. Dysproporcje miały sukcesywnie maleć. I jeśli spojrzeć na tempo rozwoju, faktycznie postęp widać. Porównując dla przykładu dynamikę wzrostu gospodarczego Polski z unijną średnią, a nawet z wynikami strefy euro, widać że od momentu wejścia naszego kraju do Wspólnoty, z każdym rokiem dystans nieznacznie się zmniejsza.

Wzrost PKB Polski na tle Unii Europejskiej i Strefy Euro

Rok Polska UE Strefa euro
2004 5,1 proc. 2,6 proc. 2,3 proc.
2005 3,3 proc. 2,1 proc. 1,7 proc.
2006 6,2 proc. 3,3 proc. 3,2 proc.
2007 7,0 proc. 3,0 proc. 3,0 proc.
2008 4,2 proc. 0,4 proc. 0,4 proc.
2009 2,8 proc. – 4,3 proc. – 4,4 proc.
2010 3,6 proc. 2,1 proc. 2,1 proc.
2011 5,0 proc. 1,7 proc. 1,6 proc.
2012 1,6 proc. – 0,4 proc. – 0,9 proc.
2013 1,4 proc. 0,3 proc. – 0,3 proc.
2014 3,3 proc. 1,8 proc. 1,3 proc.
2015 3,8 proc. 2,3 proc. 2,1 proc.
2016 3,0 proc. 2,0 proc. 1,8 proc.
2017 4,6 proc. 2,4 proc. 2,4 proc.

Źródło: Eurostat, The World Bank Group

Jeśli jednak przyjąć nieco inną miarę, do głosu dojść mogą wątpliwości. Bo jeśli porównać nominalny dochód Polski i wszystkich państw „nowej Unii” w przeliczeniu na mieszkańca okaże się, że owszem – sytuacja się wyraźnie i zdecydowanie poprawia, jednak dysproporcje wcale nie maleją. Niższe tempo rozwoju „starej Europy”, dzięki wyższej bazie, wcale nie oznacza topniejącej różnicy. W skrajnych przypadkach, jest wręcz odwrotnie.

Ile „nowa” Unia zyskała na integracji?

W roku 2000 na głowę mieszkańca dzisiejszej strefy euro przypadała równowartość 25 tysięcy dolarów. Ponad cztery razy więcej, niż na jednego Rumuna czy Bułgara (około 6 tysięcy dolarów). Dziś te wartości to odpowiednio 42 i 20 tysięcy dolarów. Już nie cztery, a tylko dwa razy więcej. Ale nominalnie różnica się powiększyła.

To oczywiście statystyczna sztuczka. Jednak pozwala zrozumieć, dlaczego w biedniejszych krajach Unii usłyszeć można coraz częściej, że to Zachód zyskał na integracji więcej.  Niewielkim dla siebie kosztem uzyskał dostęp do nowych rynków zbytu, niekoniecznie przychylnie patrząc przy tym na tańszą konkurencję na własnym podwórku.

Oliwy do ognia dolewa znowelizowana niedawno dyrektywa o delegowaniu pracowników, która zobowiązuje firmy wysyłające ludzi do pracy w innych krajach UE do zapewnienia im takich warunków pracy i płacy, jakie w danym kraju obowiązują. Jak podkreślają komentatorzy – ograniczy to konkurencyjność firm z uboższych krajów na wspólnym, unijnym rynku. I tym samym spowolni tempo wyrównywania gospodarczych różnic.

Czy tak będzie w istocie? Politycy w Brukseli uważają przecież, że rozwiązania poprawią sytuację pracowników delegowanych i dzięki temu zacierać różnice będzie łatwiej.

– Pytanie dla kogo. Łatwiej będzie zachodnim pracownikom i firmom, na przykład transportowym, które do tej pory walkę o rynek wyraźnie przegrywały – ocenia dr Paweł Kowalski, prawnik ze Szkoły Prawa Uniwersytetu SWPS. – Polskie i litewskie firmy będą miały trudniej. Trudno mówić, czy poniosą straty, ale na pewno będą musiały się dostosować do nowych warunków.

Polityczny pryzmat równości

Dr Paweł Kowalski zwraca uwagę na to, że Unia Europejska to jednak nie tylko wspólnota gospodarcza. Od trzech dekad przyświecają jej również wspólne wartości wyższe, dotyczące praw jednostki i praw człowieka. I w tym kontekście próby ujednolicania warunków pracy można próbować zrozumieć. Zastrzeżenia można mieć do zastosowanych metod.

Problem tkwi jednak w tym, że od momentu tak zwanego „dużego poszerzenia Unii” w 2004 roku o uzyskanie kompromisu we Wspólnocie jest znacznie trudniej, niż wcześniej. Więcej jest grup interesów, a nowe kraje nie zawsze chcą i potrafią pójść na ustępstwa. Dla krajów „starej Unii” to nowa rzeczywistość. I w tym nasi rozmówcy upatrują przyczyn sytuacji, kiedy silniejsi forsują swoje rozwiązania kosztem słabszych.

– Jeszcze przed członkostwem Polski w Unii było wiadomo, że biedniejsze kraje są bardziej konkurencyjne w dziedzinie usług. Ich wejście na wspólny rynek nie zmieniło obrazu gospodarki UE, jednak wyraźnie widać było ekspansję tych krajów, które miały tańszą siłę roboczą – przypomina prof. Witold Orłowski, ekonomista i przedstawiciel  Narodowej Rady Rozwoju.

– Przegraliśmy tę walkę nie dlatego, że pojawiły się nowe argumenty, czy że stało się to bardziej akceptowalne na świecie, tylko pozycja Polski w negocjacjach osłabła i nie zdołaliśmy stworzyć koalicji, która by nas poparła – dodaje prof. Orłowski.

Wszyscy eksperci zgodni są co do tego, że Unia Europejska to wielka scena politycznych rozgrywek. I na tej scenie należy się umiejętnie poruszać, budować koalicje i kompromisy, żeby odnieść sukces. O tym, że jest to wykonalne świadczy choćby fakt, że nasz kraj jest nominalnie największym w historii UE beneficjentem funduszy strukturalnych.

– W kwestii dyrektywy o delegowaniu pracowników mamy jednak do czynienia z grą polityczną, którą po prostu przegraliśmy – ocenia prof. Orłowski. – Korzyści odniosą pracownicy i związki zawodowe na zachodzie Europy. A na poparciu związków zawodowych politykom zależy.

Trudna sztuka brukselskich negocjacji

W kwestii dyrektywy o delegowaniu, zdaniem naszych rozmówców, ewidentnie nie potrafiliśmy położyć na stole interesujących projektów, które można by było na unijnym forum dyskutować. Sprawę przegraliśmy jeszcze przed głosowaniem.

– Nasi negocjatorzy nie liznęli teorii gier i teorii negocjacji – nie owija w bawełnę Robert Gwiazdowski, ekspert Centrum im. Adama Smitha. – Przypomina się historia z Nord Stream 1. Polska absolutnie nie zgadzała się na powstanie Pieremyczki, czyli gazociągu omijającego Ukrainę. Szła w zaparte, więc Niemcy i Rosjanie mieli argument, żeby pokazać nas jako wariatów, z którymi nie da się rozmawiać – przypomina Gwiazdowski.

A rozmawiać trzeba, żeby nawet z przegranej sprawy spróbować wygrać coś dla siebie. Choćby nawet na pozornie innym gruncie.

– Można było pomyśleć, żeby przy tej okazji rozegrać na przykład ciekawą sprawę drogi Via Carpatia. Połączenie Estonii z Atenami, przejazd w ciągu 16 godzin. To bardzo interesujący pomysł, który rozruszałby Polskę wschodnią. Być może warto było położyć na stole poparcie dla tej kwestii. Nominalnie wygralibyśmy rozwój wschodnich regionów kraju – uważa dr Paweł Kowalski. – W perspektywie 20 lat mimo wszystko ciekawym pomysłem jest też Centralny Port Lotniczy, który również będzie przecież potrzebował unijnego wsparcia i który można było próbować ugrać.

Uczmy się od Orbana

Ujednolicanie reguł gry na unijnym rynku będzie postępować. Jak mówią eksperci, pytani przez Trans.INFO, Brukseli na tym zależy i temu służą i będą służyć nadal dyrektywy. Sztuką nie jest temu przeciwdziałać, tylko tak rozgrywać rozmowy, żeby wywalczyć dla siebie jak najwięcej. Robienie wokół siebie negatywnej atmosfery w niczym nie pomoże.

Jak robić to dobrze? Robert Gwiazdowski podaje przykład Wiktora Orbana. Premier Węgier, kreowany do niedawna na głównego hamulcowego Unii, mimo wszystko potrafi z nią rozmawiać.

– Kiedy Orban przyjeżdżał do Brukseli, zawsze się z kimś spotkał w kuluarach, do kogoś się uśmiechnął, poklepał po plecach, przywiózł tokaj. Nasi negocjatorzy zupełnie przeciwnie – rozkłada ręce ekspert Centrum im. Adama Smitha. – My postawiliśmy się w sprawie Puszczy Białowieskiej i wymyśliliśmy Saryusza-Wolskiego.

Polska udowodniła już jednak wiele razy, że z Brukselą skutecznie negocjować potrafi. Bywa, że nawet w pozornie beznadziejnych sytuacjach.

– Przykładowo, budżet na lata 2007-2013, uchwalany jeszcze przed kryzysem Lehman Brothers, był bardzo odważny. Obecny, na lata 2014-2020, jest już znacznie mniejszy. I w tym mniejszym budżecie Polska była jedynym krajem, który nominalnie dostał więcej – przypomina dr Paweł Kowalski. – Mieliśmy rozpoznanie dyplomatyczne i wiedzę, kto o co walczy. Okazało się, że tak naprawdę małymi sprawami można osiągnąć wielki cel. I do tego właśnie trzeba w Europie dążyć – podsumowuje dr Kowalski.

Fot. European Parliament 

Komentarze

comments0 komentarzy
thumbnail
Aby ustawić powiadomienia o komentarzach - przejdź do swojego profilu