Masz newsa? Powiedz nam o tym!

Dyrektywa o delegowaniu pracowników pod płaszczykiem troski o nich wprowadza rozwiązania, które uderzą w konsumentów w całej Unii. Eksperci, z którymi rozmawia Trans.INFO zapowiadają, że nowe przepisy boleśnie w kieszeniach odczują nie tylko firmy „nowej Unii”, ale również mieszkańcy Europy Zachodniej.

Pracownicy delegowani to w skali całej Unii Europejskiej to około 2,3 miliona osób. Według danych Eurostatu, stanowi to około jednego procenta wszystkich pracujących na terenie Wspólnoty i zaledwie około pół procenta, jeśli przeliczyć wykonywaną przez nich pracę na pełne etaty.

Pracownicy delegowani w Unii Europejskiej

Rok liczba pracowników
2010 1,5 mln
2015 2 mln
2016 2,3 mln

Dlatego nowelizacja dyrektywy o delegowaniu pracowników, którą Parlament Europejski przyjął w ubiegłym tygodniu, najbardziej uderzy właśnie w Polskę. Dyrektywa ma – według jej pomysłodawców – wyrównać konkurencyjność firm w skali Europy, a delegowanym pracownikom pozwolić zarabiać na poziomie adekwatnym do skali zarobków w danym kraju. Według wielu komentatorów i ekspertów – skutek będzie jednak odwrotny od zamierzonego. Niczym mantra pojawia się też określenie „protekcjonizm”.

Polska, pod względem liczby delegowanych pracowników jest od lat liderem w skali Europy. Ostatnie dostępne dane pokazują, że w 2016 roku nasze firmy wysłały do pozostałych krajów Unii ponad 513 tysięcy pracowników delegowanych. Szacunki mówią, że w roku 2017 skala była jeszcze większa.

Troska o pracowników to tylko pozory. Protekcjonizm uderzy we wszystkich

Kształt dyrektywy ma ostrze protekcjonistyczne. Bogatsze kraje UE dyktują państwom o niższym stopniu rozwoju warunki, na jakich odbywać się ma wolna konkurencja. Przykre, że dzieje się to w tych obszarach, w których kraje nowej Unii odniosły sukces. Co gorsza, regulacje dotkną przede wszystkim sektora usługowego. A badania pokazują, że to właśnie rzeczywista swoboda świadczenia usług ma bardzo duży wpływ na kreowanie wzrostu gospodarczego i tworzenie miejsc pracy – podkreśla dr Marcin Kiełbasa, prawnik Inicjatywy Mobilności Pracy.

– Oczywiście, że jest to protekcjonizm. W dodatku ukryty. Pod pozorem troski o pracowników z innych krajów chodzi o utrudnienie konkurencji w sektorze usług. To nie jest nic niezwykłego, jednak ze względu na bardzo słabą pozycję Polski w Unii Europejskiej, kraje którym na tym zależało, przeforsowały swój pomysł – potwierdza ekonomista, prof. Witold Orłowski, członek Narodowej Rady Rozwoju.

Najwyraźniej rządy ustąpiły pod presją związków zawodowych, którym zależy, żeby na rynku pracy tańszej konkurencji nie było. Takie zresztą ich prawo. Gdyby mogły, zabroniłyby również importu towarów, jako zbyt tanich. Akurat w dziedzinie usług było im łatwiej – dodaje ekonomista.

Zdaniem dra Marcina Kiełbasy, uzasadnione są nawet zarzuty, że zaostrzona dyrektywa o delegowaniu pracowników jest zaprzeczeniem unijnych wartości. Większe bariery dla swobody przepływu usług odbiją się rykoszetem również na przepływie towarów.

– A na tym ucierpią konsumenci. Nie tylko ci w krajach Europy Środkowej, ale także na Zachodzie. Problemy będą miały również firmy eksportujące towary poza teren Unii Europejskiej – przestrzega ekspert  Inicjatywy Mobilności Pracy. – Podobny problem czeka sektor budowlany. Jeśli usługi będą droższe, staną się mniej dostępne i dłużej będzie trzeba czekać na ich wykonanie.

W podobnym tonie zapisy unijnej dyrektywy ocenia Robert Gwiazdowski, ekspert Centrum im. Adama Smitha.

– To, że na przykład nocleg kierowcy będzie kosztował więcej, musi być uwzględnione w cenie towaru. Nie da się inaczej – podkreśla. – Podwyższenie kosztów polskich firm będzie oznaczało, że wzrosną koszty transportu, a tym samym ceny transportowanych towarów. Nie ma innej możliwości. Zyskają niektórzy kierowcy, stracą wszyscy konsumenci towarów, które ci kierowcy wożą – prognozuje Gwiazdowski.

Wyższe płace. Owszem, ale tylko dla nielicznych

Teoretycznie pracownicy powinni być szczęśliwi, bo będą zarabiać więcej, jednak w praktyce – jak zaznacza prof. Orłowski – z tego pozornego szczęścia skorzysta znacznie mniej osób. Bo znacznie mniej z nich będzie w ogóle pracowało.

– Nie będzie to oznaczało katastrofy, ale niewątpliwie opłacalność spadnie. A część Polaków, którzy mogliby pracować za lepszą płacę, jako pracownicy delegowani, nie będzie mogła tego robić – kwituje ekonomista.

– Liczmy się z tym, że część naszych firm będzie mniej konkurencyjna, choć całkowicie tej konkurencyjności nie straci. Mimo wszystko nasi pracownicy będą akceptować płace minimalne, które są wymagane przez dyrektywę, podczas gdy pracownicy zachodnioeuropejscy za płacę minimalną nadal nie zgodzą się pracować – przewiduje prof. Orłowski.

Dr Marcin Kiełbasa podkreśla dodatkowo, że w przypadku pracowników delegowanych kwestie niższych wynagrodzeń od pewnego czasu nie są już najważniejszym argumentem przy ich zatrudnianiu. Równie ważnym, a często ważniejszym kryterium jest ich dostępność i jakość, której nie jest w stanie zagwarantować lokalny rynek. Podniesienie płac w danym sektorze nie zwiększy liczby pracowników, ani nie poprawi ich umiejętności.

– Bardzo anegdotycznie w tej sytuacji wyglądają wyniki raportu francuskiego resortu gospodarki i finansów z 2016 roku. Pokazuje on, że koszty pracy lokalnego pracownika francuskiego, badane na poziomie minimalnego wynagrodzenia, który stanowi obiektywny wskaźnik, jako wymóg przewidziany przez dyrektywę o delegowaniu pracowników, były niższe, niż koszt pracy pracownika delegowanego z Polski, Hiszpanii czy Portugalii – mówi dr Kiełbasa. – Te dane są mocno w kontrze do tego, co dziś możemy usłyszeć na ten temat. A ministrem gospodarki i finansów Francji był wówczas dzisiejszy prezydent, Emmanuel Macron.

Europę będziemy doganiać nadal, ale wolniej

Robert Gwiazdowski przewiduje, że część firm będzie próbowała znaleźć furtki w nowych przepisach i sposoby ich obejścia.

– Wszystko zależy od tego, jakie będą koszty takiego obchodzenia i na jakie koszty można się narazić. To jest przedmiotem prostej kalkulacji. Podobnie, jak w przypadku optymalizacji podatkowej – tłumaczy ekspert Centrum im. Adama Smitha. – Polskie firmy potrafią szacować ryzyko. Nie boją się też konkurencji. Nasi przedsiębiorcy są przyzwyczajeni do funkcjonowania w trudnych warunkach – podkreśla.

Dlatego wyrównywanie poziomów gospodarczego rozwoju między krajami Wspólnoty oczywiście nadal będzie postępować, jednak tempo tego procesu może być teraz wolniejsze.

– Konwergencja gospodarcza powinna dokonywać się siłami rynkowymi, a nie być dekretowana – dodaje dr Marcin Kiełbasa. – To będzie spowalniało wyrównywanie różnic. Co gorsza, przepisy narzucają silniejsi i to w formie korzystniejszej dla nich, nie oglądając się na interes słabszych. To zły sygnał na przyszłość dla całego rynku wewnętrznego.

– Na protekcjonizmie zawsze ktoś zyskuje, ktoś traci. W przypadku dyrektywy o delegowaniu Polska straci więcej niż Francja. Jedynymi zyskującymi będzie ta stosunkowo niewielka grupa, która dostanie wyższe płace – tłumaczy prof. Witold Orłowski. – Jest jednak jeszcze ogólny bilans, a w tym ogólnym bilansie finalnie stracą wszyscy, bo spadnie dobrobyt – ostrzega ekonomista.

„Co nas nie zabije, to nas wzmocni”

Historia Europy pokazuje jednak, że podejście do gospodarki przypomina sinusoidę i po okresach mocnego nacisku na kwestie socjalne zawsze przychodzą czasy większej swobody. Zdaniem rozmówców Trans.INFO, dziś jesteśmy kolejny raz na tym pierwszym, niekorzystnym dla nowych państw UE etapie, jednak w dłuższej perspektywie czasu trend ma szanse się zmienić.

To jednak nie znaczy, że o łagodzenie restrykcyjnych przepisów warto będzie w przyszłości walczyć. A przynajmniej – nie z tej samej pozycji, na jakiej Polska jest obecnie.

– Klamka zapadła. Szansy na powrót do dyskusji na ten temat przez długie lata nie będzie. Z czasem, w miarę jak będą rosły pensje w Polsce, temat może tracić na atrakcyjności – przewiduje prof. Orłowski. – Nie wykluczone, że za dziesięć lat i nam będzie zależeć na takich rozwiązaniach, w obawie przed pracownikami z jeszcze tańszych krajów – dodaje.

– Być może sytuacja za moment będzie na tyle inna, że nie będzie sensu wracać do tematu. To tak jak z zakazem sprzedaży jabłek do Rosji. Przestawiliśmy już eksport na tyle, że nie wierzę, żeby nasi producenci chcieli masowo wracać na wschód – podsumowuje Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha. – Tu będzie podobnie. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Problem w tym, że niektórych ta dyrektywa może zabić.

Fot. iStock

Komentarze

comments0 komentarzy
thumbnail
Aby ustawić powiadomienia o komentarzach - przejdź do swojego profilu